
Piętnaście lat temu zapytałbym łapczywie: „Przed kim?”, ale od tamtej pory minęło piętnaście lat i czas łapczywych pytań także już dawno minął.
— Odnajdziesz go i zawiadomisz mnie — mówił dalej Ekscelencja. — Żadnych prób, kontaktów na siłę. W ogóle żadnych kontaktów. Odnaleźć, rozpocząć obserwację i zawiadomić mnie. Ani więcej, ani mniej.
Spróbowałem ograniczyć się do solidnego kiwnięcia głową, ale Ekscelencja patrzył na mnie tak uważnie, że uznałem za konieczne spiesznie i starannie powtórzyć rozkaz.
— Mam go odszukać, wziąć pod obserwację i zawiadomić pana o tym. W żadnym razie mam nie próbować zatrzymać go, nie rzucać mu się w oczy, pod żadnym pozorem nie zaczynać z nim rozmów.
— Tak — powiedział Ekscelencja, — Teraz sprawa następująca.
Sięgnął do bocznej szuflady biurka, w której każdy normalny pracownik trzymał podręczny kryształkowy informator, i wyciągnął stamtąd nieporęczny przedmiot, którego nazwę w pierwszej chwili przypomniałem sobie po chontyjsku: „zakkrapia”, co w dosłownym przekładzie oznacza: „pojemnik na dokumenty”. I dopiero wtedy, kiedy Ekscelencja ulokował ten pojemnik na blacie stołu i położył na nim długie, węźlaste palce, wyrwało mi się:
— Teczka na papiery!
— Nie rozpraszaj się — surowo powiedział Ekscelencja. — Słuchaj uważnie. Nikt w Komisji nie wie, że interesuję się tym człowiekiem. I w żadnym wypadku wiedzieć nie powinien. Z tego wynika, że będziesz pracował sam. Bez pomocników. Całą swoją grupę przekażesz Klaudiuszowi, a meldować o wszystkim będziesz wyłącznie mnie. Bez żadnych wyjątków.
Muszę przyznać, że to mnie oszołomiło. Po prostu nigdy jeszcze nie zetknąłem się z czymś podobnym. Na Ziemi nie spotkałem się z takim stopniem utajnienia. Mówiąc szczerze, nawet nie wyobrażałem sobie, że coś takiego w ogóle jest możliwe. Dlatego pozwoliłem sobie na dosyć głupie pytanie:
— Co to znaczy: bez żadnych wyjątków?
