— Pamiętasz — powiedział wreszcie — jak na planecie o nazwie Saraksz niejaki Sikorski przezwany Wędrowcą ścigał młokosa zwanego Makiem?

Pamiętałem.

— A więc — powiedział Wędrowiec (czyli Ekscelencja) — Sikorski wtedy nie zdążył. A ty i ja musimy zdążyć. Dlatego że planeta nie nazywa się teraz Saraksz, tylko Ziemia. A Lew Abałkin nie jest młokosem.

— Raczy pan mówić zagadkami, szefie? — zapytałem, aby ukryć ogarniający mnie niepokój.

— Bierz się do roboty — odparł.

1 czerwca 78 roku

Coś niecoś o Lwie Abałkinie, Progresorze

Andrzej i Sandro ciągle jeszcze czekali na mnie i byli mocno zdegustowani, kiedy przekazałem ich pod komendę Klaudiusza. Próbowali nawet protestować, ale ponieważ niepokój mnie nie opuszczał, huknąłem na nich, więc oddalili się pomrukując z oburzenia, spoglądając trwożnie i nieufnie na teczkę. Ich spojrzenia spowodowały, że uzmysłowiłem sobie nowy kłopot — gdzie mianowicie mam teraz trzymać ten potworny „pojemnik na dokumenty”?

Siadłem przy biurku, położyłem teczkę przed sobą i machinalnie spojrzałem na rejestrator. Siedem komunikatów w ciągu piętnastu minut, które spędziłem u Ekscelencji. Przyznaję, że nie bez pewnej satysfakcji przełączyłem swój kanał roboczy na Klaudiusza. Następnie zabrałem się do teczki.

Jak oczekiwałem, w teczce nie było nic poza papierami. Dwieście siedemdziesiąt trzy ponumerowane kartki w różnych kolorach i różnej jakości, różnego formatu, o różnym stopniu zniszczenia. Dobre dwadzieścia lat nie miałem do czynienia z papierem i moim pierwszym odruchem było wsunięcie tego wszystkiego do translatora, ale oczywiście w porę oprzytomniałem. Ma być papier, niechaj będzie papier. Trudno.

Wszystkie kartki były bardzo nieporęcznie, za to mocno spięte za pomocą sprytnego metalowego aparatu na magnetycznych zaciskach, tak że w pierwszej chwili nie zauważyłem zwyczajnego radiogramu podsuniętego pod górny zacisk. Ten radiogram Ekscelencja otrzymał dzisiaj, szesnaście minut przedtem, zanim mnie wezwał do siebie. Oto co było w radiodepeszy:



4 из 190