
– Cholera – mruknęła, wkładając biały satynowy szlafrok. Kto to może być?… Ależ tak, jasne!
Jak się okazało, zgadła. Kiedy otworzyła drzwi, szczupły, nerwowy Portorykańczyk wręczył jej długie białe pudełko.
Nie musiała nawet go otwierać. Znała te pudełka, znała kwiaciarnię, poza tym bezbłędnie rozpoznawała charakter pisma sekretarki Whita. Po czterech latach pisanie bilecików zleca się sekretarce. „Effie, napisz, że tęskniłem, i tak dalej… „ Effie zasługiwała na pochwałę. Pisała dokładnie to, co każda romantyczna pięćdziesięcioczteroletnia dziewica chciałaby przeczytać na bilecie przyczepionym do bukietu czerwonych róż. Keshia zresztą gwizdała na to, czy kartka jest od Effie, czy od Whita. Nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia.
Tym razem Effie dodała jeszcze: „Może zjemy dziś razem kolację?” Keshia usiadła w błękitnym aksamitnym fotelu, obracając karteczkę w palcach. Nie widziała go od miesiąca, kiedy to byli potańczyć w „Annabelle”, a nazajutrz Whit ponownie wyjechał w interesach. Co prawda Whit wyszedł wczoraj po nią na lotnisko, ale nie zdążyli nawet porozmawiać. Właściwie nigdy ze sobą nie rozmawiali.
Siadła przy telefonie, przerzucając stos zaproszeń, posegregowanych przez jej dochodzącą sekretarkę: na jedną kupkę już nieaktualne, na drugą dotyczące najbliższej i bliskiej przyszłości. Kolacje, koktajle, wernisaże, benefisy, pokazy mody. Dwa zawiadomienia o ślubie i jedno o chrzcinach.
Wykręciła numer kancelarii Whita.
– Już nie śpisz, kochanie? Pewnie jesteś ledwie żywa po podróży?
– Myślę, że jednak nie przeniosę się w zaświaty. Dziękuję za róże, skarbie. To taki wzruszający gest o poranku – uśmiechnęła się złośliwie pod nosem, mając nadzieję, że nie odbije się to w jej tonie.
– Miło mi, że ci się podobają. Już nie mogę się doczekać, kiedy cię znów ujrzę, moja piękna.
Roześmiała się w głos. W ciągu tych czterech lat każde drzewo w sąsiednim ogrodzie zdążyło dojrzeć bardziej niż Whit.
