
Znów była w domu – tyle że był to inny dom. Magazyny i odrapane kamienice, schody pożarowe, sklepiki, a kilka przecznic dalej galerie sztuki i kawiarnie pełne artystów – pisarzy, rzeźbiarzy i poetów, brodatych mężczyzn i jaskrawo ubranych kobiet. Miejsce, gdzie wciąż czczono Sartre’a i Camusa, gdzie Kooning i Pollock byli kimś na kształt bogów. Keshia szła szybko, czując niepokój w okolicy serca. Nie powinna się tak angażować… nie w jej wieku… Przecież nie ma między nimi nic nadzwyczajnego, a poza tym nie wiadomo, co zastanie… Ach, jakże pragnęła zastać wszystko po dawnemu!
– Cześć, mała! Gdzie się podziewałaś? – zagadnął ją wesoło wysoki chudy Murzyn wciśnięty w białe dżinsy.
– George!
Murzyn wprawnie złapał ją wpół i zakręcił nią w powietrzu. Na co dzień był tancerzem w Metropolitan Opera.
– Nie widziałem cię całe wieki! – rzekł opuszczając ją na ziemię. W czarnej brodatej twarzy błysnął równy rząd białych zębów.
– Też mam takie wrażenie – wysapała Keshia, zdyszana i zarumieniona. – Bałam się, że zdążyliście w tym czasie powymierać.
– W SoHo? To święte miejsce! Tutaj czas nie płynie!
– zaśmiał się i ruszył obok niej. – Dokąd tak pędzisz?
– Masz czas na kawę? Chodźmy do „Przepiórki” – powiedziała nagle. Czuła, że boi się spotkania z Markiem. George na pewno wiedział, co w trawie piszczy, ale przecież nie mogła zapytać go wprost.
– Powiedzmy, że na wino, i to całą godzinę. O szóstej mam próbę.
Zamówili karafkę wina, którą George zajął się z zapałem. Keshia machinalnie bawiła się kieliszkiem.
– Wiesz co, mała?
– Co?
– Śmieszysz mnie.
– To chyba dobrze. Można spytać, dlaczego?
– Bo wiem, czemu jesteś taka nerwowa. Spytasz mnie w końcu czy mam na ochotnika wyrwać się z odpowiedzią?
