– zachichotał.

– A może wcale nie chcę wiedzieć?

– O rany, mała, nie bądź dziwna. Idź do niego, a sama się przekonasz. Tak będzie o wiele lepiej. – George wstał i wygrzebał z kieszeni trzy dolary. – Ja stawiam. A ty biegnij do domu.

Do domu? Do Marka? Tak, w pewnym sensie…

Prawie siłą wypchnął ją z kawiarni i nagle znalazła się w znajomej bramie po drugiej stronie ulicy. Nawet nie spojrzała w okno, tak bardzo była zajęta lustrowaniem przechodniów. Nim wbiegła na piąte piętro, serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Zadyszana uniosła rękę, ale nim zdążyła zapukać, drzwi otwarły się gwałtownie i wysoki chudy chłopak, podobny do tyczki grochowej zakończonej strzechą wijących się włosów, wciągnął ją do środka z okrzykiem:

– Jak pragnę zdrowia, to Keshia! Jak ci leci, malutka?

– Ekstra! – rozejrzała się dookoła. Te same twarze, to samo atelier. Tensam Mark. Nic się nie zmieniło. Triumfalny powrót.

– Chryste, chyba z rok cię nie było!

Znów się roześmiała. Ktoś wręczył jej lampkę wina.

– A teraz, panie i panowie… – chudzielec zgiął się w niskim ukłonie i wytwornym gestem wskazał swym gościom drzwi. – Pani mego serca wróciła w te niskie progi. Innymi słowy: spadać, głąby!

Odpowiedział mu gromki wybuch śmiechu, goście jednak powoli zaczęli się żegnać. Ledwie za ostatnim zamknęły się drzwi, Mark znowu porwał ją w ramiona.

– Och, mała, tak się cieszę…

– Ja też – wsunęła dłoń pod jego wystrzępioną, ochlapaną farbami koszulę.

– Niech no ci się przyjrzę – rzekł poważnie, ściągając jej bluzkę przez głowę.

Stała nieruchomo, wyprostowana, włosy spływały jej na jedno ramię, a w chabrowych oczach paliło się ciepłe światło. Była żywym odbiciem wiszącego na ścianie aktu, powstałego wkrótce po tym, jak poznali się zeszłej zimy. Wyciągnęła ręce do Marka i w tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.



22 из 307