
– Chcesz plotkować z czcigodnymi matronami?
– Dlaczego nie? Nie widziałam jeszcze żadnej po wakacjach.
– A zatem w bój, milady. Rzućmy się na pożarcie lwom i zobaczmy, kto dziś zaszczycił Marshów swoją obecnością.
Jak się okazało, był tu każdy, kto się liczył. Obszedłszy tuzin stolików, jak również kilka grupek skupionych wokół parkietu, Keshia z ulgą zauważyła dwie swoje przyjaciółki. Whit zostawił ją z nimi, a sam zniknął w czarnobiałym tłumku, nad którym unosił się aromatyczny dym kubańskich cygar. Przyjemnie zamienić w końcu parę rozsądnych zdań nad kieliszkiem dobrego Monte Christo.
– Cześć, dziewczęta.
Dwie patykowate młode kobiety obróciły się zaskoczone na jej widok.
– Już jesteś? Co za niespodzianka!
Markowane całusy trafiały w powietrze, nie sięgnąwszy celu, w spojrzeniach jednak malowała się niekłamana sympatia. Tiffany Benjamin była już bardziej niż lekko zawiana. ale Marina Walters prezentowała znakomity humor. Byia rozwiedziona i bardzo szczęśliwa, jak utrzymywała. Keshia wiedziała, że prawda jest nieco inna. Tiffany natomiast była żoną Williama Pattersona Benjamina IV, człowieka numer dwa w największym domu maklerskim na Wall Street.
– Kiedy wróciłaś z Europy? – Marina z zaciekawieniem przyjrzała się sukni Keshii. – Saint-Laurent?
Keshia kiwnęła głową.
– Dwa dni temu, a zaczynam się już zastanawiać, czy to nie był sen – zauważyła, obserwując dyskretnie kłębiący się wokół tłum.
– Znam to uczucie. Przyjechałam w zeszłym tygodniu, żeby wyprawić dzieci do szkoły. Zanim odwaliłam ortodontę, mundurki, buty i trzy przyjęcia urodzinowe, zdążyłam zapomnieć, że w ogóle były wakacje. Najchętniej wyjechałabym z powrotem. Gdzie byłaś w tym roku?
– Na południu Francji, a kilka ostatnich dni spędziłam u Hilary w Marbelli. A ty?
– Przez całe lato siedziałam u Hamptonów. Nudy na pudy – skrzywiła się Marina.
