Rzeczywistość – jej rzeczywistość – to Maisonette, Whit i baron, aż nazbyt dotkliwie realny. Złocona klatka, z której nie ma ucieczki. Nie da się uciec od swojego nazwiska, od legendy rodziców, choćby dawno nie żyli, od maksymy noblesse oblige. Czy można wsiąść do metra i nigdy nie powrócić? Tajemnicze zniknięcie słynnej Keshii Saint Martin… Nie, nawet jeśli ktoś odchodzi z tych kręgów, czyni to otwarcie. Z klasą. Nie wymyka się bez słowa, tym bardziej metrem. Tylko czy rzeczywiście SoHo mogło jej przynieść szczęście? Jadano tam zabagione zamiast sufletu Grand Marmier, lecz ani jedno, ani drugie nie było zbyt pożywne. Keshia tęskniła za grubym, sycącym befsztykiem. Nadzieja, że świat Marka dostarczy jej życiodajnych soków, była równie głupia jak zamknięcie się w bunkrze z półrocznym zapasem krakersów. Istniały dwa światy i różni mężczyźni, ale żaden z nich nie był pełen. Co gorsza, Keshia świadomie zdawała sobie sprawę z ich braków. A ona sama? Czy jest w pełni człowiekiem?

– Oto pytanie… – wymknęło jej się na głos.

– O co chciałaś mnie zapytać, Ltebchen? - zagruchał baron.

– O! Przepraszam. Czy depczę ci po nogach?

– Nie, moja piękna. Tylko po sercu. Ale tańczysz jak anioł.

Uśmiechnęła się uroczo, pokonując mdłości, i zawirowała w jego ramionach.

– Jesteś taki miły, Manfredzie.

Jeszcze raz okrążyli salę, podczas gdy walc miłosiernie zbliżał się do końca.

– Może zagrają jeszcze raz? – baron był rozczarowany jak dziecko, któremu ktoś odebrał zabawkę.

– Walc w pańskim wykonaniu to dzieło sztuki – rzeki z ukłonem Whit, który pojawił się tuż obok zasapanego Niemca.

– Pan za to jest wybrańcem losu, Whitneyu.

Keshia zerknęła na Whita porozumiewawczo i łaskawie uśmiechnęła się do barona, wycofując się z gracją z jego objęć.

– Żyjesz? – zagadnął ją Whit.

– Żyję, ale co to za życie… Uf. Haniebnie zaniedbałam obowiązki towarzyskie. Nie zamieniłam dziś słowa z żywą duszą. – Przypomniała sobie, że jest tu również z przyczyn zawodowych.



27 из 307