
Przełknął łyk kawy i odnalazł rubrykę Martina Hallama, poświęconą głównie towarzyskim plotkom: kto w kim się kocha, kto wydaje przyjęcie, kto jest zaproszony, a kto nie przyjdzie, bo się obraził. Wiedział, że znajdzie tam słówko o Keshii. Znał jej styl na tyle, by móc się założyć, że o sobie też wspomni. Była sumienna, a przede wszystkim ostrożna. Nie mylił się.
„Lista zlatujących do miasta globtroterów pyszni się nazwiskami Scootera Hollingswortha, Bibi Adams-Jones, Melissy Sentry, Jeana-Claude’a Reimsa, Keshii Saint Martin i Juliana Bodleya. Raduj się, gawiedzi, oto synowie i córki marnotrawne wracają na nasze łono…”
Wciąż dźwięczały mu w uszach jej słowa sprzed siedmiu lat. Wtedy także był wrzesień…
– No dobrze, Edwardzie, zrobiłam wszystko, czego ode mnie chciałeś. Skończyłam Vassar, Sorbonę i spędziłam kolejne wakacje u ciotki Hil. Koniec dreptania koleiną gustów moich drogich rodziców i ślepej wiary w to, co ty uważasz za „stosowne”. Mam dwadzieścia jeden lat i pora, żebym wreszcie pomyślała o sobie.
– Co konkretnie masz zamiar zrobić? – zapytał udręczonym głosem. Była tak rozpaczliwie młoda…
– Jeszcze się nie zdecydowałam, ale mam już parę pomysłów.
– Zdradzisz mi je?
– Mam zamiar. Tylko proszę cię, Edwardzie, nie marudź.
Odwróciła się do niego z gniewnym błyskiem w oczach. Jej uderzająca uroda jeszcze zyskiwała, kiedy Keshia była zła. Oczy przybierały ametystowy odcień, na bladej cerze pojawiał się delikatny rumieniec, a ciemne włosy lśniły jak onyks. Keshia miała niewiele ponad pięć stóp wzrostu, lecz w takich chwilach człowiek zapominał, jakie to chucherko. Rozgniewana twarz przyciągała jak magnes, więziła oczy ofiar i przykuwała do własnych. A cała ta nie pozbawiona charakteru osóbka spoczywała na głowie i sumieniu Edwarda. To on był odpowiedzialny za jej poczynania – w o wiele większym stopniu niż jej guwernantka, pani Townsend, czy ciotka Hilary, hrabina di San Ricamini.
