
Hilary, rzecz jasna, działała po najmniejszej linii oporu. Najzupełniej szczerze i z dużą radością zapraszała dziewczynkę na święta do Londynu albo na wakacje do swego domu w Marbelli. Nie chciała jednak, by zawracano jej głowę sprawami „trywialnymi”. „Trywialne” było według niej zainteresowanie Keshii Korpusem Pokoju, podobnie jak jej głośny romans z synem ambasadora Argentyny. Miało to miejsce przed trzema laty. Chłopak w końcu ożenił się ze swoją kuzynką, Keshia zaś popadła w depresję, równie „trywialną” jak każda jej przelotna fascynacja. Może Hilary na swój sposób dotykała sedna: wszystko to był słomiany zapał. Póki jednak żar nie wygasł, problem spoczywał na barkach Edwarda. Dźwigał to brzemię od czasu, gdy Keshia skończyła dziewięć lat – i nie miał najmniejszego zamiaru się uskarżać.
– Keshia, wydeptałaś mi już ścieżkę na dywanie, a wciąż nie wiem nic o twoich tajemniczych planach. Co ze studiami na Uniwersytecie Columbia? Przestały cię interesować?
– Prawdę mówiąc, tak. Chcę iść do pracy.
– O? – Edward zadrżał. Boże, pomyślał, błagam, spraw, żeby wybrała pracę w dobroczynności! – Gdzie? – spytał ostrożnie.
– W jakiejś gazecie. Dziennikarstwa mogę się nauczyć wieczorami. – W oczach Keshii jarzył się wyzywający płomień.
– Rozsądek przemawiałby za tym, żebyś najpierw zdobyła tytuł, a dopiero potem pomyślała o pracy.
– A kiedy skończę studia, jaką gazetę mi zaproponujesz, Edwardzie? „Women’s Wear”?
Spostrzegł, że jej oczy już zachodzą łzami. Boże, znów będą problemy. Z roku na rok stawała się coraz bardziej uparta. Zupełnie jak jej ojciec.
