
Keshia i Marina spojrzały na siebie szybko. Tiffany była szkolną koleżanką Keshii, miłą dziewczyną, kiedy wytrzeźwiała. Keshia nie pisała o niej w swej rubryce. I tak wszyscy wiedzieli, że Tiffany pije. A nie był to temat na miłą lekturę przy śniadaniu, jak nowy biust Mariny. To było coś innego, bolesnego. Samobójstwo za pomocą szampana.
– Jakie masz plany na najbliższy okres, Keshia? – Marina zapaliła papierosa, a Tiffany przyssała się do następnego kieliszka.
– Jeszcze nie wiem. Może wydam małe przyjęcie…
– Gratuluję ci odwagi. Kiedy patrzę na to, co się tutaj dzieje, przechodzi mnie zimny dreszcz. Meg pracowała na ten efekt siedem miesięcy. Znów jesteś w komitecie pomocy artretykom?
Keshia skinęła głową.
– Proszono mnie też o organizację balu na rzecz kalekich dzieci.
– Kalekie dzieci? – Tiffany ocknęła się z zamroczenia. – To straszne!
Keshia odczuła ulgę słysząc, że tym razem Tiffany nic użyła słowa „boskie”.
– Co w tym strasznego? Bal jak inne. – Marina stanęła w obronie planowanej imprezy.
– Ale kalekie dzieci?… Kto zdoła się przy nich bawić?
Marina spojrzała na nią ze zgorszeniem.
– Tiffany, kochanie, czy kiedykolwiek widziałaś na naszym balu artretyka?
– No… chyba nie…
– I tak samo nie zobaczysz tam kalekich dzieci – ucięła rzeczowo Marina.
Tiffany z ulgą pokiwała głową. Keshia natomiast poczuła, że coś śliskiego i zimnego przewraca jej się w żołądku.
– I co, podejmiesz się organizacji? – podjęła temat Marina.
– Jeszcze się nie zdecydowałam. Szczerze mówiąc, jestem już trochę zmęczona tą całą dobroczynnością. Przez całe życie nie robię nic innego.
– A co my mamy powiedzieć? – zawtórowała jej smętnie Marina, strzepując papierosa do popielniczki podsuniętej skwapliwie przez kelnera.
– Powinnaś wyjść za mąż, Keshia. Mówię ci, jest bosko – Tiffany uśmiechnęła się błogo i wyciągnęła rękę po następny kieliszek szampana.
