
Z dali dobiegły dźwięki walca. Keshia jęknęła. Gdzie, u licha, podziewa się Whit?
– Co się stało? – zainteresowała się Marina.
– A to! – Keshia dyskretnie wskazała głową barona, któremu po półgodzinie wreszcie udało się ją znaleźć.
– Szczęściara – Marina złośliwie wyszczerzyła zęby, a Tiffany uczyniła wysiłek, by spędzić mgłę z oczu.
– To jeden z powodów, dla których nie wychodzę za mąż – wyjaśniła Keshia, odpływając na parkiet wsparta na ramieniu barona.
– Czy to znaczy, że ona go lubi? – zdziwiła się Tiffany.
– Nie, idiotko. To znaczy, że opędzając się od podobnych kreatur nie ma czasu poszukać odpowiedniego kandydata. – Marina znała ten problem od podszewki. Prawie dwa lata uganiała się za następnym mężem. Jeszcze trochę, a biust opadnie jej z powrotem, lifting twarzy też diabli wezmą, a na pupie na pewno będzie miała zmarszczki. W najlepszym razie pozostał jej rok, żeby znaleźć kogoś przyzwoitego.
– Czy ja wiem… – zadumała się Tiffany. – Znasz Keshię. Ona jest trochę dziwna. Czasami się zastanawiam, czy nie zaszkodziły jej te miliony, które odziedziczyła w wieku dziewięciu lat. Ostatecznie bogactwo wszystkich w jakiś sposób okalecza. Nie można prowadzić normalnego życia, kiedy…
– Na litość boską, Tiffany, zamknij się wreszcie. Może byś dla odmiany spróbowała wytrzeźwieć?
– Jesteś obrzydliwa! – w oczach Tiffany pojawiły się łzy.
– Nie, skarbie. Obrzydliwe jest to, co ty z siebie robisz. – Marina obróciła się na pięcie i odmaszerowała w stronę, gdzie mignął jej Halpern Medley. Słyszała, że właśnie rozstał się z Lucille. Najlepszy moment, żeby takiego złapać. Obolały emocjonalnie, śmiertelnie przerażony perspektywą życia na własną rękę, stęskniony za dziećmi i samotny w łóżku. Marina miała troje dzieci i z przyjemnością obarczyłaby nimi Halperna. Był świetną partią.
Keshia wirowała w ramionach barona, Whit natomiast wdał się w ożywioną rozmowę z młodym maklerem o smukłych, wytwornych dłoniach. Zegar na ścianie wybił trzecią.
