Nie lubiła stąd wychodzić. Zawsze tkwiła w niej podskórna obawa, że może nie trafić tu z powrotem. Jak gdyby „jej” świat był w stanie ją powstrzymać. Sama myśl o tym napełniała ją przerażeniem. Musiała wracać; potrzebny jej był Mark i wszystko, czego stał się dla niej symbolem. Któż mógłby jej to odebrać? Edward? Duch jej ojca?… Absurd. Miała dwadzieścia dziewięć lat i od dawna była dorosła. Mimo to opuszczając SoHo odnosiła wrażenie, że zapuszcza się na terytorium wroga, przekracza „żelazną kurtynę” w tajnej misji zwiadowczej. Dziecięce fantazje. Zaśmiała się do siebie, zbiegając lekko po schodach. Mark nie przejmował się zbytnio jej nagłym zniknięciem, tym więc łatwiej było jej się przemykać z jednego świata do drugiego i z powrotem.

Metro wypluło ją ze swych trzewi o trzy przecznice od domu. Poranek był słoneczny, toteż spacer wzdłuż Lexington Avenue sprawił jej dużą przyjemność. Pielęgniarki z Lenox Hill biegły na lunch, ludzie z ogłupiałymi minami krążyli po sklepach, na jezdni powarkiwały wściekle samochody. Tu wszystko było szybsze, głośniejsze i bardziej nasilone.

Portier otworzył przed nią drzwi i wyprężył się, muskając palcem daszek czapki. W chłodni, urządzonej specjalnie na takie okazje, czekały na nią kwiaty. Niech Bóg broni, by róże zwiędły w czasie, gdy madame siedzi u fryzjera – albo u kochanka. Keshia poznała smukłe białe pudełko. Whit.

Spojrzała na zegarek i dokonała pośpiesznych obliczeń. Musi przedyktować agentowi tekst rubryki. Potem parę telefonów do znajomych. Następnie szybka kąpiel i spotkane komitetu. Czołowy spęd roku i świetna pożywka dla Martina Hallama. O piątej po południu będzie już z powrotem w SoHo, wstąpi po drodze na zakupy do Fiorelli, a potem czeka ją następny nocny rajd z Markiem. Znakomicie.

Przewinęła taśmę i wysłuchała nagranych telefonów. Dzwonił Edward, dwa razy Marina i raz Whit, który chciał potwierdzić umówiony lunch. Zatelefonowała do niego, podziękowała za róże i cierpliwie wysłuchała, jak strasznie za nią tęsknił. Pięć minut później już o nim nie pamiętała. Siedziała w wannie, na której brzegu leżał ogromny biały ręcznik ozdobiony w rogu dyskretnym monogramem K. H. St. M.



42 из 307