
Spotkanie odbywało się w domu Elizabeth Morgan – trzeciej żony Augiera Whimple’a Morgana. Elizabeth była w wieku Keshii, wyglądała jednak o dziesięć lat starzej, jej małżonek zaś miał dwa razy tyle lat co ona. Szczęśliwy traf sprawił, że dwie jego połowice przeniosły się do wieczności, pomnażając znacznie jego majątek. Od chwili ślubu Elizabeth zajmowała się niemal wyłącznie zmianą wystroju domu. „Można czekać wieki, moja droga, zanim człowiek wreszcie zdobędzie coś odpowiedniego!”
Keshia spóźniła się dziesięć minut, a kiedy przyszła, w holu kłębił się tłum kobiet. Dwie pokojówki w wykrochmalonych czarnych uniformach podawały herbatniki, na długiej srebrnej tacy stała lemoniada. Lokaj dyskretnie przyjmował zamówienia na drinki. Cieszył się też o wiele większym zainteresowaniem niż taca z lemoniadą.
Sofę i fotele w stylu Ludwika XV – „tak, moja droga, mają certyfikat i były własnością Richleyów…” – obsiadły starsze członkinie komitetu rozparte niczym głowy państw. Pobrzękując złotą biżuterią i kiwając głowami odzianymi w dzieła Balenciagi i Chanel, mierzyły uważnie wzrokiem młodsze koleżanki, w każdej chwili skore do zjadliwej krytyki.
Pomieszczenie miało wysokość dwóch pięter; nad głowami zwisał koszmarny kandelabr – prezent ślubny od matki Elizabeth – a marmurowy kominek był oczywiście francuski i upamiętniał gusta Ludwika XVI. Wszędzie stały inkrustowane stoliki, kasetki z pozłacanego brązu, chippendale, sheratony, hepplewhite’y… Wyglądało to jak magazyn mebli u Sotheby’ego na dzień przed aukcją.
„Dziewczętom” dano pół godziny wytchnienia, po czym bezlitośnie przywołano je do porządku. Courtenay St. James podniosła się z miejsca, prosząc o uwagę.
– Witam po wakacjach wszystkie piękne panie. Doprawdy, muszę stwierdzić, że lato wam służy! – Pani St.
