
Keshia nagle poczuła się zmęczona. Miała wrażenie, że całe życie przesunęło się jej przed oczyma. Oglądane w ten sposób, jakże wydawało się błahe!
– Podejrzewam, że masz rację – przyznała. – Przeczytam tę książkę dziś wieczorem.
– Zrób to, a jutro do mnie zadzwoń. Wstrzymam się do tego czasu z odpowiedzią dla zleceniodawcy. Czy wybaczysz mi to przydługie kazanie?
Uśmiechnęła się nieco cieplej.
– Tak, ale pod warunkiem, że przyjmiesz moje podziękowanie. Nie twierdzę, że chciałam to wszystko usłyszeć, ale być może było mi to potrzebne. Sama ostatnio sporo rozmyślałam, a dzisiejsza rozmowa z tobą była czymś w rodzaju wewnętrznego dialogu. Słodka schizofrenia!
– Przesadzasz, moja droga. Przy tym nie jesteś wyjątkiem. Inni przed tobą toczyli taką samą walkę. Ktoś powinien napisać książkę o tym, jak ją przeżyć.
– Powiadasz, że ci inni jakoś to przeżyli? – Keshia zaśmiała się, dopijając resztkę herbaty.
– Nie tylko przeżyli, ale wynieśli pewną korzyść.
– I aby zamanifestować własny punkt widzenia, damy rzucają się w objęcia windziarzy? – Keshia pośpiesznie odsunęła myśl o swojej matce.
– Te, które są głupie. Inne znajdują lepsze rozwiązania.
– Na przykład Lucasa Johnsa?
Sama nie wiedziała, dlaczego wymknęło jej się to porównanie. Absurdalne, wręcz śmieszne.
– Niezupełnie. Nie proponowałem ci, byś za niego wyszła, moja droga, tylko żebyś przeprowadziła z nim wywiad. Nic dziwnego, że tak zaciekle się bronisz.
Jack Simpson wiedział, dlaczego Keshia się broni. Ze strachu. On również się bał. Czuł, że jeśli Keshia tym razem się sparzy, zaszyje się w mysią dziurę i pozostanie w niej do końca życia. Nie ośmieliłby się jej zachęcać, gdyby nie był pewien, że szanse dekonspiracji są tak nikłe. Przed rozmową wszystko sobie gruntownie przemyślał.
