
Keenan „usunął” winowajcę z domu, a następnie kazał go deportować do Francji. Nie minął rok, gdy koniak, szampan, a także tabletki, którymi po kryjomu faszerowała się Lianę, zebrały swoje żniwo. Po jej śmierci Keenan popadł w głęboką apatię. Dziesięć miesięcy później zginął w wypadku. Edward zawsze w głębi duszy podejrzewał, że Keenan nawet nie próbował reagować, gdy jego mercedes przebił barierkę dzielącą autostradę i wpadł na przeciwległy pas ruchu. Może był pijany, a może tylko zmęczony. Nie było to samobójstwo; po prostu koniec, którego nie chciał odwlekać.
W ciągu tych ostatnich miesięcy zobojętniał na wszystko, nie obchodziła go nawet córka. Powiedział to otwarcie – na szczęście tylko Edwardowi. Edward był idealnym powiernikiem. Nawet Liane, siedząc z nim pewnego dnia przy herbacie, wdała się w niesmaczne szczegóły, a on słuchał, kiwał głową i modlił się, żeby nie zwymiotować na dywan. Liane patrzyła na niego tak żałośnie, że chciało mu się wyć.
Edward zawsze za bardzo się przejmował. Przejmował się Liane (jak sądził w swej naiwności: zbyt doskonałą, by ją tknąć), przejmował się też jej dzieckiem. Poprzysiągł sobie, że uchroni Keshię przed podobnym losem. Czuł się za nią odpowiedzialny i miał zamiar dopilnować, by w niczym nie sprzeniewierzyła się swemu dziedzictwu. Żadnych katastrof, szantaży i nauczycieli o twarzach cherubinów. Życie Keshii miało być inne. Szlachectwo przodków Liane i potęga przodków Keenana w niej właśnie miały osiągnąć wspaniałe apogeum. Edward czuł, że jest to winien nie tylko jej rodzicom, ale i dziewczynie. Musiał wpoić w nią poczucie obowiązku i wierność tradycji. W okresie dorastania Keshia czyniła żartobliwe aluzje do pokutnej koszuli, pojmowała wszakże sens tego, czego ją uczył. Wiedział, że obiektywnie jest zdolny podarować jej tylko to jedno: poczucie własnej godności.
