
Lianę była dla Keshii czymś na kształt wiecznego memento: ostrzeżeniem, że jeśli przekroczy niewidzialną granicę, przypłaci to życiem, podobnie jak jej matka. Edward starał się ją ukształtować na podobieństwo ojca, dla niego bowiem było to mniej bolesne. Tylko że tak często… tak często widział przed sobą żywy obraz Lianę. Lepszy, silniejszy, inteligentniejszy i nawet piękniejszy od pierwowzoru.
Keshia była ostatnim ogniwem długiego łańcucha przodków odznaczających się mityczną nieomal urodą i klasą. Zadaniem Edwarda było dopilnowanie, by łańcuch ten, nadwerężony przez Lianę, nie został przerwany. I łańcuch trwał, a Edward – podobnie jak wszyscy, którzy nie dysponują w nadmiarze odwagą, urodą i siłą – przyglądał mu się z podziwem. Jego filadelfijska rodzina – bardzo dobra rodzina – wywierała o wiele skromniejsze wrażenie niż ci charyzmatyczni ludzie, którym zaprzedał duszę. Teraz był strażnikiem ich skarbca, rycerzem świętego Graala, klejnotu, którym była Keshia. Prawdopodobnie dlatego też odczuł ulgę, kiedy ambicje Keshii związane z „Timesem” spaliły na panewce. Znowu na pewien czas odzyskał spokój. Znów mógł ją chronić, gotów na jej rozkazy. Obawiał się bowiem, że nadejdzie dzień, gdy Keshia pójdzie w ślady rodziców. Edwardowi ufano i rozkazywano mu, ale nikt go nie kochał.
