
Weszły do willi, ujrzały milicję i poczuły się zaintrygowane. W tym samym momencie pan Kępiński dostrzegł córkę.
– Tereska!!! – krzyknął radośnie, z niewymowną ulgą.
Przez długą chwilę Tereska zupełnie nie mogła zrozumieć, dlaczego wszystkie obecne osoby rzuciły się na nią, dlaczego jej matka szlocha, chwiejąc się w progu pokoju, dlaczego dzielnicowy zadaje dziwaczne pytania i w ogóle skąd to niezwykłe zamieszanie. Nic nadzwyczajnego przecież nie zrobiła…
– Tereska… Co to było…? Dlaczego…? – szeptała pani Marta przerywanym głosem.
– Dziecko, co tu się stało, co to znaczy?! – wykrzykiwał pan Kępiński.
– Czy pani uciekła? – pytał z zainteresowaniem dzielnicowy.
– Nie – powiedziała Tereska, całkowicie ignorując pytania rodziców. – Na razie jeszcze nie. Czy już powinnam uciec?
Dzielnicowy miał dużo do czynienia z młodzieżą, nie zdziwił się zatem i od razu odzyskał trzeźwość umysłu.
– Nie wiem – powiedział. – To zależy od różnych czynników. Szkoła, zdaje się, jeszcze się nie zaczęła. Gdzie pani była?
– Co się tu działo w tym domu?! – dopytywał się z uporem i w zdenerwowaniu pan Kępiński. – Dlaczego to wszystko tak zostało? Gdzie byłaś?!
– U Okrętki – odparła Tereska zgodnie z prawdą, a Okrętka odruchowo kiwnęła głową.
– Ale dlaczego? Dlaczego?
Tereska uświadomiła sobie mgliście, że wychodziła z domu tak jakoś jakby nagle. Możliwe, że zapomniała zamknąć drzwi albo coś w tym rodzaju. Stan, w jakim się znajdowała, najzupełniej ją usprawiedliwiał, ale nie będzie przecież obcym ludziom, ani tym bardziej rodzinie, zdradzała swoich intymnych przeżyć! Trzeba to chyba jakoś uzasadnić…
Poczuła, że Okrętka wpycha jej do ręki paczkę z kaszanką.
– A! – powiedziała z ożywieniem. – Po kaszankę. Przyniosłam świeżą kaszankę, jak przed wojną. Okrętka właśnie wróciła ze wsi.
Przeistoczenie bandyckiego napadu w dostawę świeżej kaszanki na długą chwilę odebrało wszystkim głos. Okrętka uznała za stosowne się wtrącić.
