
– Do diabła! – westchnął policjant i zagwizdał z podziwem.
Łazienka była w stylu zgnilozielonego pokoju: błyszcząca, wyposażona w bidet, suszarkę wiszącą na ścianie, wannę z prysznicem w kształcie słuchawki, z lustrem, w którym można się było przejrzeć od stóp do głów.
Wrócili do pierwszego pomieszczenia. Przeszukali szuflady biurka, otworzyli kilka teczek. Najświeższa korespondencja pochodziła sprzed trzech lat.
Nad sobą, w biurze notariusza Cannatella, usłyszeli kroki. Notariusza nie było, jak zakomunikował im sekretarz, naburmuszony chudy trzydziestolatek. Powiedział, że świętej pamięci pan Lapecora otwierał biuro tylko po to, żeby w nim posiedzieć. W te same dni przychodziła sprzątać mieszkanie ładna Tunezyjka. Ach, byłby zapomniał: w ostatnich miesiącach, dość często, sąsiada z parteru odwiedzał siostrzeniec, przynajmniej tak przedstawił go biedny pan Lapecora, kiedy we trójkę spotkali się w bramie. Był to wysoki trzydziestolatek, dobrze ubrany brunet, przyjeżdżał szarym metalizowanym bmw. Ten siostrzeniec musiał przebywać długo za granicą, ponieważ mówił po włosku z dziwnym akcentem. Nie, nie pamięta tablicy rejestracyjnej bmw, nie zwrócił na nią uwagi. Nagle przybrał minę kogoś, kto utracił właśnie dobytek podczas trzęsienia ziemi, i powiedział, że o tej zbrodni ma własne zdanie.
– Jakie? – spytał Montalbanp.
– To musiał być mężczyzna. Na pewno szukał pieniędzy na narkotyki.
Zeszli i z biura komisarza zadzwonił do pani Antonietty.
– Przepraszam, dlaczego pani nie powiedziała, że macie siostrzeńca?
– Bo nie mamy.
– Wracamy do biura – powiedział Montalbano, kiedy byli dwa kroki od komisariatu.
Galluzzo nie ośmielił się spytać, po co ani dlaczego. W łazience zgniłozielonego pokoju komisarz wetknął nos w ręcznik, wciągnął głęboko powietrze, potem zaczął przeszukiwać szafkę przy umywalce. Była tam buteleczka perfum „Volupte”. Podał ją Galluzzowi.
