
– Skrop się.
– Co mam sobie skropić?
– Dupę – zabrzmiała nieuchronna odpowiedź.
Galluzzo rozsmarował sobie trochę „Volupte” na policzku. Montalbano przywarł do niego nosem i powąchał. Zgadza się: to ten sam zapach palonej słomy, który poczuł w mieszkaniu państwa Lapecora. Chciał się upewnić, więc powtórzył próbę.
Galluzzo uśmiechnął się.
– Panie komisarzu, gdyby ktoś nas w tej chwili zobaczył… ciekawe, co by pomyślał.
Komisarz nie odpowiedział. Podszedł do telefonu.
– Halo? Przepraszam, że znowu przeszkadzam. Może mi pani powiedzieć, czy mąż używał jakichś perfum? Nie? Dziękuję.
Do gabinetu Montalbana wszedł Galluzzo.
– Beretta została zarejestrowana ósmego grudnia ubiegłego roku. Ale Lapecora nie miał pozwolenia na noszenie broni, mógł wyłącznie trzymać ją w domu.
„Coś musiało go w tym czasie zaniepokoić – pomyślał komisarz – skoro zdecydował się na zakup broni”.
– Co zrobimy z pistoletem?
– Zatrzymamy tutaj. Galuzzo, to są klucze do biura. Jutro rano, odpowiednio wcześnie, wejdziesz tam i zaczekasz w środku. Postaraj się, żeby cię nie widziano. Jeżeli Tunezyjka nie wie, co się zdarzyło, jutro, jak w każdy piątek, powinna przyjść.
Galluzzo skrzywił się.
– Pewnie jednak wie.
– Skąd? A kto niby miał jej powiedzieć?
Komisarzowi wydało się, że Galluzzo rozpaczliwie usiłuje się wycofać z tego, co powiedział.
– Wie pan, jak jest, ludzie gadają…
– A może przypadkiem rozmawiałeś o tym ze swoim szwagrem dziennikarzem? Jeżeli to zrobiłeś, to pamiętaj…
– Panie komisarzu, przysięgam. Nie powiedziałem ani słowa.
Montalbano uwierzył. Galluzzo nie był człowiekiem, który opowiada bzdury.
– W każdym razie do biura i tak pójdziesz.
– Montalbano? Mówi Jacomuzzi. Chcę cię powiadomić o wynikach naszych badań.
– Jezu, Jacomuzzi, zaczekaj chwilkę, serce mi bije jak szalone. Boże, co za wzruszenie! No, wreszcie się trochę uspokoiłem. Powiadom mnie, powiadom, jak mówisz w tej swojej niezrównanej nowomowie.
