Po tym dialogu, godnym podręcznika salonowej konwersacji, Montalbano wbiegł znowu po schodach, wziął zdjęcie ciężarnej Karimy z blondynem.

– Son mari?

Kobieta skrzywiła się z pogardą.

– Simplement le pere de Francois. Un mauvais homme.

Piękna Karima wciąż spotykała na swej drodze zbyt wielu złych mężczyzn.

– Je m’appelle Aisha – powiedziała nieoczekiwanie kobieta.

– Mon nom est Salvo – odparł Montalbano.


Wsiadł do samochodu, odnalazł cukiernię, którą spostrzegł, jadąc tu z Faziem, kupił dwanaście rurek z kremem i wrócił. Aisza nakryła do stołu pod mikroskopijną pergolą za domkiem, na samym początku ogrodu. Pola były puste. Komisarz odpakował ciastka i Aisza na przekąskę od razu pochłonęła dwie rurki. Kubba nie przyprawiła Montalbana o zawrót głowy, ale kebaby miały smak cierpkich ziół, dzięki którym nabierały pewnej dynamiki, jak to określił w duchu komisarz zgodnie ze swoją niedoskonałą umiejętnością nazywania rzeczy po imieniu.

Podczas posiłku Aisza prawdopodobnie opowiedziała mu własne życie, ale zapomniała o francuskim i mówiła wyłącznie po arabsku. W każdym razie komisarz uczestniczył czynnie w rozmowie: kiedy ona się uśmiechała, on wybuchał śmiechem, kiedy smutniała, przybierał pogrzebowy wyraz twarzy.

Po kolacji Aisza sprzątnęła ze stołu, a Montalbano, w harmonii ze sobą i z całym światem, zapalił papierosa. Następnie kobieta wróciła z tajemniczą i spiskową miną. Trzymała w dłoni czarną szkatułkę, długą i płaską, w której mógł być naszyjnik albo coś w tym rodzaju. Aisza ją otworzyła. W środku była książeczka oszczędnościowa na okaziciela wystawiona przez Bank Ludowy w Montelusie.

– Karmia – powiedziała kobieta i podniosła palec do ust na znak, że to tajemnica, która tajemnicą powinna pozostać.

Montalbano wyjął książeczkę ze szkatułki i otworzył.

Okrągłe pięćset milionów.



50 из 181