
– Co jest? Co się stało?
– Spróbuj wyciągnąć od tego kutasa, o co chodzi z tym kimś zamkniętym w windzie. Niech zadzwonią do straży pożarnej. Ale zabierzcie go stąd, nie chcę go słuchać.
Fazio wrócił po chwili.
– W windzie zamordowano człowieka – powiedział szybko i krótko, żeby samemu czymś nie oberwać.
– Cosentino Giuscppe, strażnik licencjonowany – przedstawił się mężczyzna, który stał przy otwartych drzwiach windy. – To ja znalazłem biednego pana Lapecorę.
– Dlaczego nie ma tu gapiów? – zdziwił się Fazio.
– Odesłałem wszystkich do domu. Mam tu posłuch, mieszkam na szóstym piętrze – powiedział dumnie strażnik, poprawiając mundur.
Montalbano zadał sobie w duchu pytanie, czy Giuseppe Cosentino miałby mniejszą władzę, gdyby mieszkał w suterenie.
Biedny pan Lapecora siedział na podłodze, z plecami opartymi o ścianę w głębi kabiny. Przy jego prawej ręce stała butelka białego wina „Corvo” z ofoliowaną jeszcze szyjką. Obok lewej ręki leżał jasnoszary kapelusz. Świętej pamięci pan Lapecora, w wyjściowym ubraniu, pod krawatem, był dystyngowanym sześćdziesięciolatkiem. Jego otwarte oczy wyrażały zdziwienie – być może tym, że się zsikał. Montalbano pochylił się, czubkiem palców musnął ciemną plamę między nogami nieboszczyka: to nie mocz – stwierdził – tylko krew. Szyb windy wpuszczony był w ścianę, więc nie dało się obejść kabiny i zobaczyć, czy ofiara została zasztyletowana, czy zastrzelona. Komisarz zrobił głęboki wdech. Nic nie poczuł, ale zapach prochu mógł się już rozwiać.
Trzeba było zawiadomić lekarza sądowego.
– Twoim zdaniem doktor Pasquano jest jeszcze w porcie czy wrócił do Montelusy? – spytał Pazia.
– Pewnie jest jeszcze w porcie.
– Jedź po niego. A jeśli są tam również Jacomuzzi i grupa z sądówki, ich również sprowadź.
Fazio wybiegł.
Montalbano skierował się do strażnika, który na jego widok z szacunkiem stanął na baczność.
