
– Spocznij – mruknął znużony Montalbano.
Dowiedział się, że budynek ma sześć pięter i na każdym są trzy mieszkania.
– Ja mieszkam na szóstym, czyli na ostatnim – podkreślił raz jeszcze Cosentino Giuseppe.
– Czy pan Lapecora był żonaty?
– Tak jest. Z Palmisano Antoniettą.
– Odesłał pan do domu również wdowę?
– Nie proszę pana. Wdowa jeszcze nie wie, że jest wdową. Wyjechała dziś rano w odwiedziny do swojej siostry do Fiakki, jako że ta jej siostra nie czuje się zbyt dobrze. Wyjechała autobusem o szóstej trzydzieści.
– Przepraszam, skąd pan to wszystko wie?
Czyżby szóste piętro dawało strażnikowi taką władzę, że wszyscy musieli składać mu sprawozdania z tego, co robili?
– Ponieważ pani Palmisano Lapecora – odparł Cosentino – powiedziała to wczoraj mojej żonie, a one rozmawiają ze sobą.
– Czy państwo Lapecora mają dzieci?
– Syna. Jest lekarzem. Ale mieszka daleko stąd.
– Czym się zajmował denat?
– Był handlowcem. Ma biuro na Salita Granet, pod dwudziestym ósmym. Ale ostatnio chodził tam tylko trzy dni w tygodniu, w poniedziałki, środy i piątki, bo przeszła mu ochota do pracy. Odłożył trochę pieniędzy, nie potrzebował już niczyjej łaski.
– Jest pan kopalnią wiadomości, panie Cosentino.
Strażnik znów przyjął postawę na baczność.
W tej chwili weszła do budynku mniej więcej pięćdziesięcioletnia kobieta o krępych, kołkowatych nogach. W rękach miała plastikowe reklamówki, które pękały od nadmiaru towarów.
– Zakupy zrobiłam! – oznajmiła, patrząc krzywo na komisarza i strażnika.
– Cieszę się – powiedział Montalbano.
– A ja nie! Bo teraz muszę zasuwać sześć pięter na piechotę. Kiedy zabierzecie stąd nieboszczyka?
I gromiąc ich obu wzrokiem, zaczęła męczącą wspinaczkę. Sapała przy tym jak rozjuszony byk.
– To potworna kobieta, panie komisarzu. Nazywa się Pinna Gaetana. Mieszka naprzeciw mnie i nie ma dnia, żeby nie kłóciła się z moją żoną, która, jako że jest prawdziwą damą, nie pozostaje jej dłużna, więc ta jeszcze bardziej się zacietrzewia i nie daje spokoju, zwłaszcza gdy kładę się spać po nocnej służbie.
