Robert Sheckley

Złodziej w czasie

Thomas Eldridge przebywał zupełnie sam w swoim pokoju, gdy usłyszał słaby odgłos skrobania za plecami. Jego świadomość ledwie to zarejestrowała. Studiował właśnie równania Holsteada, które narobiły parę lat temu sporo zamieszania z powodu zawartych w nich aluzji do nierelatywistycznego Wszechświata. Był to dość niepokojący zestaw symboli, chociaż dowiedziono, że wynikające zeń konkluzje są nieco zwodnicze.

Mimo to, jeśli przyjrzeć się im bez uprzedzeń, wyglądało na to, iż czegoś dowodzą. Było to przede wszystkim zaskakujące powiązanie ich elementów temporalnych, z którego wynikały interesujące konsekwencje. Było to… ponownie usłyszał ten sam dźwięk i odwrócił się.

Okazało się, że za jego plecami stoi potężny facet ubrany w szerokie, jakby nadmuchiwane purpurowe spodnie, niewielką zieloną kamizelkę oraz ażurową koszulę srebrnego koloru. Miał przy sobie czarne urządzenie w kształcie sześcianu, na którym widać było kilka tarcz kontrolnych, i wyglądał zdecydowanie nieprzyjaźnie.

Teraz bezmyślnie gapili się na siebie. Eldridge pomyślał przez chwilę, że to jakiś studencki kawał. Był najmłodszym profesorem nadzwyczajnym w Instytucie Technologicznym Carvell i w czasie Diabelskiego Tygodnia zawsze jakiś student wręczał mu jajo ugotowane na twardo lub żywą ropuchę.

Jednak ten mężczyzna nie był rozchichotanym studentem. Miał przynajmniej pięćdziesiąt lat i bez wątpienia był wrogo nastawiony.

— Jak pan się tu dostał i czego pan chce? — zapytał stanowczo Eldridge.

Mężczyzna uniósł brwi.

— Chcesz nadrabiać miną, hę? — spytał.

— Co miałbym nadrabiać miną? — odpowiedział pytaniem zaskoczony Eldridge.

— Człowieku, rozmawiasz z Viglinem — usłyszał. — Z Viglinem. Pamiętasz?

Eldridge usiłował przypomnieć sobie, czy w pobliżu Carvell znajduje się jakiś szpital dla obłąkanych. Ten Viglin wyglądał na zbiegłego lunatyka.



1 из 32