
— Zwraca się pan do niewłaściwego człowieka — oznajmił Eldridge, zastanawiając się, czy powinien wezwać pomoc.
Viglin potrząsnął głową przecząco.
— Nazywa się pan Thomas Monroe Eldgridge — stwierdził — i urodził się pan 16 marca 1926 roku w Darien, Connecticut. Uczęszczał pan do Uniwersyteckiego Heights College’u, który ukończył pan z wyróżnieniem. Na początku ubiegłego roku uzyskał pan stanowisko wykładowcy w Carvell. Czy, jak do tej pory, wszystko się zgadza?
— Owszem. Dokonał więc pan z jakiegoś powodu niewielkiego przeglądu mojego życiorysu. Lepiej, żeby to był uzasadniony powód, bo w przeciwnym wypadku wezwę gliny.
— Zawsze byłeś gościem z nerwami jak postronki. Jednak w tym wypadku blefowanie nic nie da. To ja wezwę policję.
To mówiąc, przycisnął guzik urządzenia, które trzymał w dłoniach. W pokoju pojawiło się nagle dwóch ludzi. Mieli na sobie frywolne, pomarańczowo-zielone uniformy z połyskującymi metalicznie insygniami na rękawach. Obaj dźwigali też czarne urządzenie, takie samo, jakie miał Viglin, z tym, że jego górna część polakierowana była na biało.
— Przestępstwo nie popłaca — powiedział Viglin. — Aresztujcie tego złodzieja!
Przez chwilę Eldridge’owi wydawało się, że jego miły pokój w college’u, wraz ze znajdującymi się w nim rycinami Gauguina, nieporządnymi stosami książek i jeszcze bardziej niechlujnym zestawem hi-fi oraz kosmatym czerwonym dywanem, krąży wokół, przyprawiając go o zawrót głowy. Kilkakrotnie mrugnął powiekami, mając nadzieję, że całe to zamieszanie zostało spowodowane zmęczeniem wzroku lub, co jeszcze bardziej prawdopodobne, może po prostu śnił.
Jednak Viglin wciąż tam był, przerażająco materialny.
Dwaj policjanci wyjęli skądś parę kajdanek i ruszyli w stronę Eldridge’a.
— Poczekajcie! — krzyknął, zapierając się o biurko. — O co tu chodzi?!
— Jeśli chcesz, aby przedstawiono ci formalne zarzuty — stwierdził Viglin — będziesz je miał.
