
Jednak co, tak naprawdę, się wydarzyło?
W roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim wynajdzie maszynę czasu.
Logiczne, biorąc pod uwagę jego talent.
Wyruszy w podróż poprzez trzy sektory Cywilizowanego Czasu.
Cóż, z pewnością, skoro już będzie miał maszynę czasu. Jeśli istnieją trzy sektory, to oczywiste, że będzie chciał je zbadać.
Mógłby spenetrować nawet sektory niecywilizowane.
A potem, zaskakując wszystkich, okaże się złodziejem.
Nie! Mógł zaakceptować wszystko inne, ale to zupełnie nie leżało w jego charakterze. Był niezwykle uczciwym młodym człowiekiem, nigdy nie popełnił najdrobniejszego nawet oszustwa, jakich dopuszczają się ludzie. Jeszcze jako student nigdy nie ściągał podczas egzaminów. Będąc dorosłym człowiekiem zawsze uczciwie płacił podatek dochodowy, co do ostatniego pensa.
Ba, jego wstręt do występku miał jeszcze głębszy charakter. Eldridge pozbawiony był całkowicie żądzy władzy i posiadania. Jego najgłębszym pragnieniem było zawsze osiedlenie się w jakimś sennym zakątku kraju, czerpanie zadowolenia z książek i muzyki, słońca, sympatycznych sąsiadów i miłości jakiejś drobnej, uczciwej kobiety, która zechciałaby być jego towarzyszką życia.
A teraz oskarżono go o złodziejstwo. Nawet jeśli był winny, jaki wyobrażalny motyw mógł pokierować jego działaniami?
Co miało stać się z nim w przyszłości?
— Wybierasz się na wyścigi odpalaczy? — spytał jeden z gliniarzy drugiego.
— Czemu nie? Będą w Malinową Niedzielę, prawda?
Eldridge nic ich nie obchodził. Gdy ponownie zjawi się Viglin, zakują go w kajdanki i zaciągną do sektora pierwszego. Tam zostanie skazany i wtrącony do celi.
A wszystko to za przestępstwo, które dopiero kiedyś popełni.
