
Zainteresowałam się.
– I co?
Odłożył torbę z zakupami na komodę, odwiesił kurtkę, wyjrzał przez ciemne okno, sięgnął po termos, wylał z niego do szklanki resztę herbaty, usiadł przy stole i zdecydował się mnie wtajemniczyć.
– I ze wszystkiego wynika, że znajdujemy się na samym końcu jakiejś złotej żyły. Z tymi ruskimi o tyle masz rację, że jeśli już morze wyrzuca bursztyn, to przeważnie w tamtej stronie, w rejonie Leśniczówka-Piaski…
– Jaka leśniczówka?
– Miejscowość się nazywa Leśniczówka. Byliśmy tam, tam gdzie jest pierwszy WOP, w połowie drogi. Największy urodzaj tam się przytrafia i w dodatku oni wiedzą, kiedy…
– Kto wie?
– Rybacy.
– Skąd wiedzą?
– Przestań mnie przesłuchiwać! Nie wiem skąd. Podobno aż od Stegny jadą, żeby zbierać, ale tamci z Piasków zawsze są pierwsi. No, byliby nie zawsze, bo ci stąd i ze Stegny wyruszają wcześniej, ale podobno tamci stawiają im przeszkody.
– Jakie? – zdumiałam się. – Gdzie? Na szosie?
– Nie, oni przeważnie lecą tą leśną drogą, pod wydmami. Pamiętasz te doły, tam gdzie musieliśmy zawracać…? Podobno to oni rozkopali, ci wrogowie z Piasków. Podkładają im łańcuchy z kolcami, oni motorami jadą, mają koła zapasowe na plecach. Jeśli trafią przednim kołem, a tylne uratują, zmieniają na poczekaniu i jadą dalej, ale bywa, że im oba pójdą. Szykują zemstę.
– O Jezu. Dziki Zachód. Jaką zemstę?
Nie odpowiedział mi od razu, w zadumie patrzył w ciemne okno.
– Zrobiłabyś herbaty, bo już wyszła. Kupiłem…
– Zaraz. Najpierw powiedz. Co tu ma być?
– Obiad na przykład. Będzie?
– Przestań mnie denerwować! Kolacja będzie! Kłopot ze świeżymi rybami, bo jest sztorm, więc dostaniemy marynowane węgorze z wcześniejszego połowu.
– Nie żartuj! – ucieszył się. – Uwielbiam marynowane węgorze! Kieliszeczek jarzębiaczku do tego wypijemy?
