
Razem wziąwszy, znaleźliśmy w tym czarnym pasku cztery bursztyny, podobne do tego pierwszego, jak na nasze poglądy ogromne. Dopadliśmy ich poniekąd sprawiedliwie, jego dwa i moje dwa. Oprócz nich mnóstwo pomniejszych drobiazgów, sięgających ziarnek grochu, przerastających wszystko poprzednie. Eldorado.
– One są jak grzyby? – zainteresował się słodki piesek, zachłannie, a zarazem podejrzliwie, spoglądając na morze. – Gdzieniegdzie są, a gdzie indziej ich nie ma?
– A ja jestem Duch Święty? – odparłam z lekkim rozgoryczeniem, bo on miał tego więcej, a ja, w obliczu bursztynu, najwyraźniej do reszty przestałam się liczyć. – Na to patrzy. Ale do ruskich już blisko…
Ruskie przyglądały się nam z wieżyczki, ale poza dostarczeniem im tej wątpliwej rozrywki, więcej osiągnięć nie mieliśmy. Wracałam pod wiatr, deklamując z uporem, to głośniej, to ciszej, dość znany poemat:
Rozkwita już wiosny kwiat i słowik zaczyna swe trele.
Ach, jakiż piękny jest świat, ze Związkiem Radzieckim na czele!
– Jeśli za każdym spacerem w tę stronę znajdę bursztyny, jestem skłonny zgodzić się z wieszczem – oznajmił słodki piesek w połowie drogi – ale już przestań, bo mi się niedobrze robi…
Ciemności o tej porze roku zapadały wcześnie, uniemożliwiając zażywanie świeżego powietrza i pozostawiając mnóstwo czasu na całkiem co innego. Tkwiliśmy tam już kilka dni. W krynickim sklepie pracowała ekspedientka wyjątkowej urody, co jakoś nie dotarło do mnie i nie zwróciłam uwagi, że mój słodki piesek niezwykle chętnie i z szalonym zapałem sam robi zakupy, przy czym zajmuje mu to zdumiewającą ilość czasu. Zauważyłam zjawisko, kiedy niecierpliwie czekałam na papierosy.
– Czyś uczestniczył w zbiorze tytoniu? – spytałam cierpko, wydzierając mu paczkę. – Ani razu w tym sklepie nie widziałam kolejki, polędwicę wołową tam nagle przywieźli czy co?
– Nie – odparło moje wybrakowane szczęście, które odpowiedź musiało mieć już z góry przygotowaną. – Ale jakaś dintojra tu się snuje w powietrzu. Słuchałem gadania.
