Minęło przeszło dwadzieścia milionów lat.


Zima akurat trzymała rzetelna i morze zamarzło aż po Szwecję. Po twardej skorupie lodu można było dojść do horyzontu i chyba nawet kawałek dalej, o ile wcześniej nie złamało się nogi na bryłach, rozpadlinach, dziurach, bałwanach śnieżnych, stwardniałych na granit, i wszelkich innych nierównościach. Wzdłuż brzegu leżały wały i góry lodowe na cztery metry wysokie, w pełni godne okolic polarnych, bardziej to wyglądało na biegun północny niż na Mierzeję Wiślaną. Ogólna sytuacja przedstawiała się beznadziejnie.

Mróz trzymał, ale słońce przyświecało i nawet próbowało grzać, uwzględniając fakt, że nadszedł początek marca i zima szalała bezprawnie. Wysilało się do tego stopnia, że gdzieniegdzie, po lądowej stronie wału, od południa, roztapiało odrobinę wierzchnią skorupę zamarzniętej w grudniu wody. Dawało się tę skorupę niekiedy rozbić, a pod nią leżały śmieci bursztynowe.

– Był wyrzut, akurat jak te mrozy złapały – powiedział do mnie smętnie Waldemar. – Wielki sztorm i zaraz potem, ledwo ucichło i morze zaczęło siadać, przyszedł mróz. W jedną noc zamarzło i do tej pory trzyma, sama pani widzi.

– Przecież już marzec, powinno się ruszyć – odparłam z takim oburzeniem, jakby to on nie dopełniał obowiązku ruszenia.

– Ano, powinno. Ale najpierw ruszy Zalew. Jakby zaczął, usłyszymy. Postrzela.

Ożywiłam się.

– Jest nadzieja?

Waldemar z powątpiewaniem popatrzył w kuchenne okno, które wychodziło na południe.

– Nadziei to nie ma, ale już bym samochodem do Tolkmicka nie jechał.

Ożywiłam się bardziej.



2 из 300