– Jak pan by nie jechał, znaczy, lada chwila pokaże się woda…

Jeśli ktokolwiek mógłby się jeszcze wygłupić z jazdą samochodem przez coraz słabiej zamarznięty Zalew, ryzykantem bez wątpienia byłby Waldemar. Przy grubym lodzie jeździli wszyscy czym popadło, motorami, dżipami, samochodami osobowymi, nawet ciężarówkami. Do Tolkmicka i Fromborka było w ten sposób znacznie bliżej niż okrężną drogą lądową, jechało się kwadrans, zamiast półtorej godziny, do Elbląga również Zalew skracał drogę. Mieli już bez mała wyjeżdżoną autostradę, dowcipkowali sobie, kręcąc się na lodzie, skakali przez zamarznięte wały, robili zawody i konkursy, a Waldemar od wczesnej młodości w tych szataństwach celował. Kiedy jednakże lód cieniał, nikt się już tam nie pchał. Z pewnością Waldemar jechał tą trasą ostatni.

W dwa dni później owszem, na Zalewie strzeliło parę razy, cała płaszczyzna zaczęła zmieniać kolor, biel gdzieś znikła, zostały tylko pagórkowate kry, jakby lodowe piramidki na szaroniebieskiej tafli, a między nimi pojawiły się wyraźnie widoczne szczeliny. Woda zaczęła chlupać, w porcie zaroiło się przy łodziach, morze jednak wciąż trwało w nie zmienionej postaci.

Tęsknym okiem patrzyłam na ten podbiegunowy krajobraz, włócząc się po brzegu z niejakim wysiłkiem i z ciężkim sercem, bo właśnie świeżutko straciłam wymarzonego mężczyznę, zdaje się, że bezpowrotnie. Przyjechałam tu, żeby się pocieszyć, z nadzieją odzyskania jakiej takiej równowagi uczuciowej. Nic mi nie robiło lepiej niż morze, chwilowo jednak morze było niepodobne do siebie, błąkałam się zatem codziennie po zlodowaciałych górach i wądołach, czekając na jego powrót do właściwej postaci, aż do chwili kiedy wpadłam nogą w lodową rozpadlinę i zgniotłam kostkę w stopie. Posyczałam chwilę, wypowiadając wiele słów, dawnymi czasy źle widzianych w druku, i zbuntowałam się. Dosyć tej sercowej terapii, nie idę jutro na plażę, zrobię sobie ulgowy dzień.

Do podejmowania głupich postanowień zawsze miałam szczęście.



3 из 300