
– Wstajemy znów o wpół do szóstej – oznajmiłam stanowczo, wróciwszy do domu. – Oni uważają, że jutro będzie bursztyn, nie wiem, skąd wiedzą, ale wiedzą. Jedni mają lecieć od Krynicy, a drudzy od Piasków, to my w środku.
Słodki piesek czekał już na mnie, przejęty i płonący zapałem, bo właśnie przed chwilą nasza gospodyni przyszła na górę i przepraszała za skromne pożywienie. Przez dwa dni, dziś i zapewne jutro, będą tylko kotleciki z sandacza, ponieważ mąż wybiera się na bursztyn i siatek na flądrę nawet nie ruszy. Ale na noc popłynie i pojutrze flądra będzie, a może kto inny złowi wcześniej, to od niego odkupi…
Zgadzaliśmy się na wszystko, bo nie ryby nam były w głowie.
– Raz w życiu chciałbym zobaczyć, jak to wygląda, kiedy on jest, ten bursztyn – zwierzał mi się słodki piesek, dziko roznamiętniony. – Jedyna okazja, bo ile nam zostało…? Trzy dni, w ostateczności cztery. Urlop mi się kończy!
– Możemy tu przyjechać na następny – podsunęłam zachęcająco.
– Z następnym urlopem nie wiadomo… Chcę zobaczyć teraz!
Jakaś dziwna nieprzyjemność mnie tknęła na tę wzmiankę o niepewnym urlopie. Ukryłam ją, nie rozwijając tematu.
– Też bym chciała zobaczyć, ale ci tego nie zagwarantuję…
– To po co mnie tu przywiozłaś?
– Oszalałeś czy co? Przymuszałam cię…?!
Omal się nie pokłóciliśmy. Bez mała poczułam się odpowiedzialna za ten cholerny bursztyn i jakby zmroziło mnie w sobie, a słodki piesek, jak zwykle, żądał zaspokojenia swoich potrzeb. Winą za braki, rzecz jasna, obarczał mnie. Ledwo się zdołał opanować i niecierpliwie czekał poranka. Tajemnicza siła wyższa spełniła jego życzenie. Wyleźliśmy na plażę w ulubionym miejscu, słońce zza wydm już się ukazywało i widoczność była prawie doskonała. Przed nami nie działo się nic, morze łagodnie chlupało na piasek, żaden bursztyn nigdzie nie leżał, ale dalej na prawo, w stronie Piasków, dało się zauważyć coś ciemnego, a jeszcze dalej jakiś ruch. Popędziliśmy w tamtym kierunku i okazało się, że co najmniej cztery osoby miotają się na brzegu.
