
Czarne góry rosły na brzegu, patrzyliśmy na ten proceder zafascynowani, nie ośmielając się podchodzić zbyt blisko, żeby nas ktoś nie posądził o chęć kradzieży. Niektóre bryłki bursztynu połyskiwały i dawało się je dostrzec z daleka, inne dla nas były niewidoczne, ale rybacy wychwytywali je bez namysłu. Skąd natomiast brali owe śmieci, nie mogliśmy odgadnąć, w falującym łagodnie morzu niczego takiego nie było, woda jak woda…
– Skąd oni to wyciągają? – spytał słodki piesek, okropnie zaintrygowany. – Widzisz coś?
– Nic. Wodę. Też całkiem tego nie rozumiem. Oni widzą.
– Ciekawe, co. Nie bursztyn przecież…?
– Tamci coś pokazują. Chodź, podsłuchamy…
Dwóch rybaków rzeczywiście pokazywało sobie coś palcem. Chyba trzeciego, który wszedł w morze bardzo daleko i cofnął się, kiedy fala sięgnęła mu do szyi. Za głęboko mu było, ale do czego się pchał, wciąż nie umieliśmy odgadnąć. Wreszcie udało nam się dostrzec to coś, kiedy jeden sięgnął siatką prawie przed naszym nosem. Jakby czarna plama w spokojnej wodzie, wygarnął tę plamę i okazało się, że ona właśnie zawiera w sobie śmieci i bursztyn. Popatrzyłam w dal, tam gdzie trzeci pchał się w morze, i ż wysiłkiem stwierdziłam, że istotnie, woda jest tam jakby ciemniejsza, cała, długa i wielka smuga, nieco inaczej zabarwiona. Większa głębia czy jakieś ciało stałe…?
– Tam dopiero… – mruknął jeden rybak do drugiego, wytrząsającego małą kupkę z siatki, i gestem brody wskazał kierunek na smugę.
– Nie podejdziesz – odmruknął drugi. – Chyba że podsunie.
– W nocy może.
– Mówią, że na wieczór wiatr…
Podsłuchiwaliśmy chciwie, plącząc się wzdłuż wału. Dalej na prawo, na końcu szeregu tych łowców, pojawiły się jeszcze dwie osoby, facet i dziewczyna. Facet był w kombinezonie, od razu przyłożył się do owej ciemniejszej wody, dwa razy próbował, ale też nie doszedł. Dziewczyna nagle uczyniła coś, od czego osłupiałam do reszty, mianowicie zaczęła zdzierać z siebie odzież. Słodki piesek obok mnie też zastygł, wpatrzony w przerażający striptiz, paru rybaków z zainteresowaniem odwróciło głowy.
