
– Swoje se oglądajcie! – warknęła. – Trzeba było wleźć, nikt wam nie zabraniał. Staną nad głową, jak te szakale…
– Ciekawe, co to było – mruknął koło mnie słodki piesek.
– Mówił, że mucha – odparłam z powątpiewaniem. – Cholera, nie zdążyłam popatrzeć. Szkoda.
Chciwy krąg rozluźnił się nieco, cofnęłam się i wlazłam na nogę jakiemuś facetowi, leżącemu mi prawie na plecach. Obejrzałam się na niego, przeprosiłam półgębkiem i bez skruchy, bo nie musiał się walić tak nachalnie, ale i tak nie zwrócił żadnej uwagi ani na nogę, ani na przeprosiny. Hipnotycznie wpatrywał się w torby i worki facetki. Chłopaka wypytywano natarczywie, co widział w tej bryle, ale nie chciał czy może nie umiał powiedzieć.
– Mucha – mamrotał tylko, półprzytomny z przejęcia. – Mucha. Taka wielka. I złota…
Od lewej strony dobiegły jakieś krzyki i nacisk na niego zelżał, bo wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Rybak w kombinezonie zamierzył się siatką na jakiegoś faceta w gumiakach, drugi przyłożył mu drągiem, który się od razu rozleciał, pogonili go, facet uciekł. Z treści okrzyków można było wnosić, że to złodziej i hiena cmentarna, podkrada bursztyn z cudzej kupy, ledwo wytrząśniętej, przegonić łobuza! Jakiś inny, wyłażący właśnie z wody, ujął się za nim, pomstując ostro na miejscowych i dopytując się równie gwałtownie, jak retorycznie, kto kolce pod wydmami podłożył i wilczy dół wykopał. Tym z Kątów i ze Stegny też się coś należy, morze jest dla wszystkich! Ktoś wrzeszczał, że tamten złodziej nawet siatki nie ma, czapką pewnie chciał te śmieci wyciągać, pierwszy rybak odwrócił się ku morzu i ujrzał, że konkurent podstępnie sięga do jego czarnej plamy. Złorzecząc i chlapiąc wodą, popędził ku niemu, konkurent zaczął się odgrażać, ale siatkę miał już zapełnioną, więc tylko wymachiwał pięścią, wróg, przedzierający się przez fale, swoją pustą siatkę mógł jeszcze zamienić w oręż, konkurent zatem rzucił się do ucieczki.
