
– Weź tę mordę – zażądałam nerwowo, odpychając psi pysk. – Twój pan jest ślepa komenda albo ma zbyt wielkie wymagania. Masz tu robala, zeżryj, proszę bardzo… Czekaj, tamto dla mnie!
Pies rozgrzebywał kupę łapami, co mi w pełni odpowiadało. Podsuwałam mu krewetki, wybierając spod pyska bursztynowe bryłki. Jasne, że nie takie, jakie oni wyciągali dla siebie, ale też niezłe. Działaliśmy w doskonałej symbiozie.
Za następnym nawrotem Waldemar wypluł duży bursztynowy placek trzymany w ustach, bo w siatce już mu się nie mieścił.
– Pani mi wyjmie z kieszeni reklamówkę – poprosił, lekko poszczekując zębami. – Tu mam, u góry…
Zgrabiałymi palcami w kompletnie mokrych rękawiczkach sięgnęłam mu do kieszeni na piersiach i wygrzebałam foliową torbę. Rozłożyłam ją nawet. Waldemar wytrząsnął siatkę i od razu zaczął wrzucać do torby znaleziska. Wbrew wszystkiemu, wiedziona elementarnym poczuciem sprawiedliwości, prawie mu nie zazdrościłam. Niech też tam wejdę, proszę bardzo, wtedy to będzie moje, a na razie ja jestem mokra zaledwie do pasa, a on po czubek głowy…
Szaleństwo gwizdało w powietrzu od granicy po Stegnę. Morze rozmarzło nagle w ciągu jednej nocy, bez wiatru i sztormu, oddając to, co zgromadziło przy ostatnim, zimowym huraganie. Burzliwa jesień ruszyła jakieś złoża, które podeszły do brzegu razem z mrozem i dopiero teraz dały się wyciągnąć. Skraj wody był dosłownie zapchany śmieciami, wszystkie miejscowości miały swój przydział i cała ludność miotała się po plaży, wciąż jeszcze zlodowaciałej.
W emocji wlazłam za głęboko i odrobina lodu wpadła mi do buta razem z wodą. Prawie dech mi zaparło. Podskakując na jednej nodze, podsunęłam się aż pod wał lodowy, żeby się mieć o co wesprzeć plecami, najświęciej przekonana, że tę poszkodowaną nogę mam oderżniętą w połowie. Koniec, nie posiadam jednej nogi. Z szalonym wysiłkiem zdjęłam gumiak, bałam się spojrzeć na te pozostałe pół golenia, bo, Jezus Mario, widok to powinien być potworny, ale trudno, musiałam zdobyć się na męstwo…
