Taki sam entuzjazm we wszystkim, co dotyczyło Związku Radzieckiego, podzielali amerykańscy przedsiębiorcy. Przedstawiciel firmy produkującej mydło zapewnił Rossa, że jego mocodawców bardzo interesuje proponowana przezeń transakcja. Przede wszystkim, podkreślił, należy zapewnić sobie mocne gwarancje ze strony Rosjan, a potem można się zwrócić do chicagowskiego banku – i żadnych problemów. Więcej – firma produkująca mydło sama jest gotowa pożyczyć Rossowi pieniądze na jeszcze dogodniejszych warunkach!

W tej sytuacji Ross nie potrafił już nie myśleć o wspaniałych ikonach i cudownych kobietach, które wydają poetyczne jęki, przywierając do niego, Paula, swymi niedającymi się opisać kształtami. Myślał też o tym, jak napęcznieje jego konto bankowe w Chicago. W tym, że właśnie na niego, Rossa, powinny się posypać te rosyjskie dobrodziejstwa, widział palec boży. Bądź co bądź życie rządzi się jakąś logiką – nie bez powodu uczył się rosyjskiego, co kiedyś jego otoczenie uważało za zupełny nonsens. Nie bez powodu ojciec nalegałby Paul ukończył szkołę biznesu. Na pozór jedno z drugim nie miało nic wspólnego, a tu proszę! Wszystko świetnie się złożyło. Gdyby nie jego zdolności językowe i żyłka do interesów, nie mógłby wykorzystać tego szczęśliwego zbiegu okoliczności. A poza tym, czyż to nie jemu, wnukowi rosyjskich emigrantów, los powierzył zawiezienie amerykańskiego mydła do cierpiącej ojczyzny przodków, która uznała swój historyczny błąd i teraz zmienia się od wewnątrz. Może nawet, marzył Paul, uda mu się zobaczyć samego Gorbaczowa.

W Moskwie wszystko układało się jak najlepiej.



14 из 220