
Po kąpieli, zmęczony, czując lekki zawrót głowy po długim locie, położył się – i obudził go dzwonek telefonu.
– Halo?
– Cześć, Paul. Tu Willie. Witam cię na ziemi twoich przodków. Dobrze, że przyjechałeś. Chcesz coś zjeść?
– Willie! Skąd dzwonisz? Nie sądziłem, że się tak szybko objawisz. – W pokoju było ciemno i Ross był z lekka zdezorientowany.
– Jestem w holu. Coś ty myślał, że pozwolimy ci łazić po Moskwie samotnie? Natychmiast przystępujemy do rzeczy. Już tu na ciebie czekają – dziennikarze, intelektualiści. Pojedziemy do mojego przyjaciela.
– Myślałem, że najpierw spotkamy się z twoim znajomym z tej spółki. Nie zapominaj, że przyjechałem w interesach.
– Nie bój nic. Moskwa to miasto otwarte. Pojedziemy wszyscy razem. Tak się załatwia interesy w Rosji. Ubieraj się, czekam na ciebie.
Ross wysiadł z windy i znalazł się w przepięknym westybulu, który oszołomił go wspaniałymi kryształowymi kandelabrami, ciemnoczerwonymi gobelinami na ścianach i starymi skórzanymi meblami. I zaraz dostrzegł Willie’ego, który trzymał pod ręce dwie śliczne blondynki. Harding rozpływał się z zachwytu, a kobiety wyglądały, jakby dopiero co zeszły ze stronic żurnalu mody: wspaniałe włosy, ciemnoniebieskie oczy, zmysłowe usta.
– To jest Paul Ross. Paul, poznaj Nataszę i Irinę. Ściskając dłonie Nataszy i Iriny, Paul gorączkowo próbował zgadnąć, z którą z tych poetycznych istot sypia Willie. Na widok kuszących bioder obu blondynek seksualna fantazja Paula przerwała wszelkie tamy.
