
Człowiek ten był łudząco podobny do Karola Marksa – tyle że nosił niebieskie dżinsy, czarną skórzaną kurtkę i zielony sweter. Może zresztą był to tylko żart, intelektualna metafora, ale w umyśle Paula obie te sceny całkowicie się na siebie nałożyły, co, nie wiedzieć czemu, budziło jego niepokój. Prosta na pozór, zrozumiała transakcja przeobraziła się w duchową misję – na co zupełnie nie był przygotowany. Jednak będzie musiał porozumieć się z Moskwą i wyjaśnić całą sprawę.
Po powrocie do Chicago Ross odzyskał zdolność trawienia pokarmów stałych, znowu mógł chodzić nie dygocząc cały z bólu głowy, i wyraźnie wymawiać słowa. W Chicago stał się na jakiś czas popularny, zapraszano go na wieczory, na których bywali intelektualiści i gdzie dyskutowano o przyszłych losach ludzkości. Wystąpił nawet w lokalnej telewizji. Wkrótce jednak dał temu spokój, uświadomił sobie bowiem, że właściwie nie bardzo wie, o czym mówić – wyraźnych wspomnień miał niewiele.
Sprawy jednakże posuwały się do przodu. Firma produkująca mydło, z której przedstawicielem wcześniej prowadził rozmowy, nadal była zainteresowana transakcją. Wiceprezes powiedział mu nawet:
– Tak genialny pomysł jeszcze nikomu nie przyszedł do głowy. Pomyśleć tylko – zamiana mydła na dzieła sztuki! Jeżeli się to uda, mister Ross, uczynimy pana nie tylko bogaczem – uczynimy pana znakomitością!
Nie chcę być znakomitością, myślał Ross, ale bogactwo jest w zasięgu ręki, czyż nie? Zaciągnięcie kredytu w First Chicago National Bank też okazało się bardzo łatwe. Był to ten sam bank, który wywołał lekki skandal, udzielając Związkowi Radzieckiemu kredytu na niższy procent niż amerykańskim farmerom. Ross miał obawy, że bank, raz się sparzywszy, nie zechce więcej mieć do czynienia ze Związkiem Radzieckim – ale był w grubym błędzie.
– To wspaniale! – oświadczył mu dyrektor międzynarodowego oddziału banku. – Po prostu opatrzność nam pana zesłała.
