Hardingowi jednak się powiodło – trafił do Moskwy już w epoce głasnosti, kiedy jego stanowisko stało się bardzo atrakcyjne. Chyba nawet zbyt atrakcyjne, jako że teraz brakowało mu czasu, by przynajmniej pobieżnie zapoznać się ze wszystkimi dostępnymi informacjami, nie mówiąc już o tym, by je opracować. Milczący dotychczas kraj nagle rozjazgotał się na wszystkie strony, co zupełnie oszołomiło przywykłych do ciszy pracowników ambasady.

Tysiące stowarzyszeń, partii, ruchów, wszystkie oczywiście z własną gazetą albo tygodnikiem, dziesiątki narodów, każdy oczywiście z własnym, nikomu nieznanym językiem i własnymi roszczeniami.

I jak tu się połapać, gdzie jeszcze tylko się kłócą, a gdzie się już pobili? Tak oto, nie sięgnąwszy ku jasnym niebiosom, runęła wieża Babel socjalizmu, a jej dawni budowniczowie, dotknięci pomieszaniem języków, walczyli na ruinach, nie rozumiejąc i nie słuchając się nawzajem.

Na domiar złego nawet w Biurze Politycznym rzeczywiście zaczęło się coś dziać, i to prawie co tydzień. Ledwie człowiek zaliczył kogoś do „liberałów”, już tego „liberała” wyrzucano za dogmatyzm. No i kłopot – sprawozdanie jest już przecież w Waszyngtonie! Wpatrywał się więc Harding w twarze radzieckich przywódców, próbując ocenić: zawiedzie, czy nie zawiedzie? Cholera ich wie, mordy wszystkie, jakby je ktoś specjalnie wybierał, nalane, bez wyrazu. Żadnych przebłysków.

Za to po obejrzeniu obowiązkowego Dziennika TV, po przejrzeniu komunikatów TASS i prasy centralnej, Harding sadowił się wygodnie w fotelu, zapalał papierosa i z lubością zaczynał kręcić gałkami swego wspaniałego radia, wypływając na falach eteru w przestwory bezkresnego kraju. Przez parę godzin można się było nasłuchać takich rzeczy, tyle się dowiedzieć, że starczyłoby tego nawet na trzy sprawozdania.



2 из 220