
Spojrzał tęsknie w stronę barku, zdecydował jednak, że nie powinien już więcej pić. Odwrócił się do okna i zaczął niecierpliwie bębnić palcami po gładkiej framudze. Z jego domu położonego na urwistych skałach rozciągał się wspaniały widok. Zmrużył oczy. W oddali, w miejscu, gdzie błękit wód łączył się z chabrowym niebem, dostrzegł kolorowe żagle. Ludzie pływali, bawili się, odpoczywali…
– Zadzwoń, do diabła – wycedził przez zęby, odwracając się w stronę aparatu.
Telefon milczał jak zaklęty. Na karku Kyle’a pojawiły się krople potu. Nerwy miał napięte jak postronki. Wciąż rozpamiętywał wczorajszą wizytę w szpitalu i scenę, jaką urządziło mu jego własne dziecko.
Pamiętał wykrzywioną grymasem twarz Holly, zaciśnięte zęby, łzy w oczach… Córka miotała się w bezsilnej złości. Jej głos odbijał się echem w pustych szpitalnych korytarzach:
– Idź sobie! Idź! Nienawidzę cię! Nigdy cię przy mnie nie było! Nie potrzebuję twojej pomocy! Nienawidzę cię! Idź już! Idź!
Wlokła za sobą białe prześcieradło nie bardzo wiedząc, co się z nią dzieje. Po chwili były już przy niej pielęgniarki. Widział, jak prowadzą ją z powrotem do sali. Holly ukryła twarz w dłoniach. Płakała. Ramiona jej drżały. Zachowywała się jak małe dziecko. Aseptyczne prześcieradło pozostało na posadzce.
Kyle opuścił szpital dopiero na wyraźne życzenie lekarza. Słowa córki wciąż dźwięczały mu w uszach.
Przeciągnął ręką po zwichrzonych włosach i raz jeszcze spojrzał na zegarek. Jak długo może trwać operacja? Dwie godziny? Może cztery? Minęło już pięć, a on nadal nie miał żadnych wiadomości o córce. Co gorsza, nie mógł kupić jej zdrowia ani sprawić, żeby zapomniała o wypadku, któremu uległa pół roku temu. Na szczęście dziewczynka powoli dochodziła do siebie. Ta ostatnia operacja nie zagrażała już jej życiu. Chirurdzy mieli przeprowadzić jakiś zabieg na jej uszkodzonej w wypadku macicy. Tym samym ważyły się losy Holly jako kobiety.
