
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zadzwonić jeszcze raz do szpitala. Postanowił jednak, że poczeka na wiadomość. Kiedy dzwonił przed niecałą godziną, dyżurna pielęgniarka powiedziała mu uprzejmie, lecz stanowczo, że Holly wciąż jest w bloku operacyjnym i że poinformuje go, kiedy będzie po wszystkim. Czuł się dyskryminowany. Czy ojcowie nie mają Już żadnych praw? A może zrzekł się ich dobrowolnie, kiedy dziesięć lat temu zdecydował się na rozwód?
Zacisnął pięści. Jak mógł oddać Holly w szpony matki?! Odwrócił się od okna i podszedł szybko do barku. Mimo wcześniejszych postanowień nalał sobie kolejnego drinka. Po chwili szklaneczka była już pusta. Popatrzył smętnie na kilka kropel alkoholu na dnie.
Raz jeszcze pomyślał, że to Rose wpoiła córce nienawiść do niego. Czyż jednak naprawdę nie zasłużył na niechęć ze strony dziecka? Wciąż czuł się winny z powodu tego, co się stało. Przecież ojciec powinien chronić swoje potomstwo!
Rozejrzał się niepewnie dokoła. Minuty wlokły się w nieskończoność. Do wizyty Woodsa zostało mu kilka godzin. Telefon wciąż milczał. Czuł się jak drapieżnik uwięziony w klatce. Mięsień lewego policzka zaczął mu nerwowo drgać. Nie wiedział, co z sobą począć. Nagle coś przyszło mu do głowy. Wyszedł z pokoju i pośpieszył korytarzem w głąb hacjendy.
– Lydia! – krzyknął zbliżając się do kuchni. – Jesteś tam, Lydia?
Cisza. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że stara Meksykanka nie dosłyszy. Wszedł do rozległej kuchni obwieszonej miedzianymi naczyniami i ozdobionej pnącymi roślinami. Kobieta stała przy olbrzymiej dzieży i nuciła meksykańską balladę. Kyle pamiętał ją jeszcze z dzieciństwa. Wiedział też, że Lydia zagniata teraz ciasto na chleb własnego wypieku. Ten piątkowy rytuał nie zmienił się od trzydziestu siedmiu lat.
