
Już w pobliżu powierzchni planety dostrzegli, że dziwny statek jest większy od „Siłacza” i błyszczy wręcz nowością.
Kształt jego kadłuba nie był jednak znajomy, podobnie jak znaki identyfikacyjne.
Agee poszukał jakichś wskazówek w swojej obszernej pamięci.
— Wygląda trochę na robotę tych z Cefeusza — oznajmił. — Tylko oni budują takie przysadziste jednostki. Wiecie, jesteśmy teraz dosyć daleko od uczęszczanych szlaków. Ten statek może nawet w ogóle nie należeć do Konfederacji.
Victor gapił się na pojazd, rozchylając ze zdziwienia swoje wydatne wargi. Westchnął donośnie.
— To pewne jak jasna cholera, że moglibyśmy skorzystać z takiego statku, prawda, kapitanie? — spytał.
Uśmiech, który zagościł na twarzy Barnetta, przypominał szczelinę, pojawiającą się nagle w granitowej skale.
— Victor — odrzekł — dzięki swojej naiwności trafiłeś w samo sedno. Oczywiście, że moglibyśmy. Siadajmy więc na powierzchni i utnijmy sobie pogawędkę z kapitanem.
Przed zapięciem pasów Victor upewnił się, czy wszystkie pokładowe blastery zamrażające są całkowicie naładowane.
Znajdując się już na powierzchni, wystrzelili w atmosferę pomarańczowo-zieloną flarę pertraktacyjną, ale nie doczekali się odpowiedzi ze strony obcego statku. Atmosfera planety okazała się po zbadaniu możliwa do oddychania, a jej temperatura wynosiła czterdzieści stopni Celsjusza. Po odczekaniu kilku minut wyszli na zewnątrz, schowawszy pod górną częścią kombinezonów gotowe do strzału blastery.
Przechodząc przez pięćdziesięciometrowy odcinek pomiędzy statkami, wszyscy mieli na twarzach wystudiowane, miłe uśmiechy.
Gdy znaleźli się przy samym pojeździe, stwierdzili, że jest on wspaniały. Jego lśniąca, srebrnoszara powierzchnia nie wydawała się w najmniejszym stopniu naruszona uderzeniami meteorów. Śluza powietrzna była otwarta i niski pomruk z wnętrza świadczył o tym, że generatory statku doładowywały się właśnie.
