
— Czy jest ktoś w domu? — krzyknął Victor do wnętrza śluzy. Jego głos odbił się wielokrotnym echem od ścian pustych pomieszczeń statku. Nie było odpowiedzi, rozlegał się jedynie cichy pomruk generatorów i szelest trawy na rozciągającej się wokół równinie.
— Jak sądzicie, gdzie oni mogli pójść? — spytał Agee.
— Może chcieli odetchnąć trochę świeżym powietrzem — zasugerował Barnett. — Nie przypuszczam, żeby spodziewali się gości.
Victor usiadł spokojnie na ziemi. Barnett i Agee zaczęli myszkować wokół podstawy statku, podziwiając wielkie otwory wylotowe jego silników.
— Sądzisz, że będziesz w stanie go pilotować? — spytał Barnett.
— Dlaczegóż by nie? — odpowiedział pytaniem Agee. — Po pierwsze, ma on najwyraźniej konwencjonalny silnik.
A systemy sterowania praktycznie się nie liczą — wszystkie istoty oddychające tlenem używają podobnych tablic kontrolnych. Rozszyfrowanie tego będzie dla mnie tylko kwestią czasu.
— Ktoś nadchodzi! — krzyknął Victor.
Popędzili z powrotem do śluzy. Mniej więcej trzysta metrów od statku widoczny był dziewiczy las. Spomiędzy drzew wyłoniła się właśnie jakaś postać, która zmierzała w kierunku ludzi.
Agee i Victor równocześnie wyciągnęli blastery.
Dzięki swej lornetce Barnett dostrzegł prostokątny kształt tej niewielkiej postaci; miała ona wysokość około sześćdziesięciu centymetrów i szerokość mniej więcej trzydziestu. Grubość obcego wynosiła nie więcej niż pięć centymetrów. Nie miał on głowy.
Barnett zmarszczył brwi. Nigdy jeszcze nie widział prostokąta unoszącego się swobodnie ponad kępami wysokiej trawy.
Wyregulowawszy ostrość w swojej lornetce dostrzegł także, iż obcy był w niewielkim stopniu humanoidem. Miał mianowicie cztery kończyny. Dwie z nich, niemal ukryte w trawie, służyły mu do chodzenia, zaś pozostałe dwie sterczały sztywno w powietrzu. Pośrodku tułowia Barnett rozpoznał z trudem dwoje maleńkich oczu oraz usta. Stwór nie miał na sobie żadnego kombinezonu ani hełmu.
