
– Przygotuję ci kopie raportów z autopsji na jutro do południa.
Mył swoje bezcenne ręce, jakby zabrudził je, przygotowując dla niej wilgotny ręcznik.
Chęć ucieczki była wszechogarniająca, również z powodu pustego żołądka, który podjeżdżał jej wciąż do gardła. Z drugiej strony coś nie dawało jej spokoju. Miała w pamięci pewien wczesny ranek w pokoju hotelowym w Kansas City, niecały rok wcześniej. Agent specjalny Richard Delaney był do tego stopnia zatroskany o jej równowagę psychiczną, że nie wahał się zaryzykować ich przyjaźni, by przekonać się, że nic jej nie grozi. Przez pięć miesięcy Delaney i agent Preston Turner grali role jej goryli, chroniąc ją przed prawdziwym potworem, seryjnym zabójcą Albertem Stuckym. Aż wreszcie doszło do owej porannej konfrontacji, podczas której Delaney stanął do walki z jej uporem. Zrobił tak tylko dlatego, że chciał ją chronić.
Ona jednak nie przyjmowała do wiadomości motywów jego działania. Nie chciała dostrzec, że próbuje, i to po raz wtóry, odegrać rolę zatroskanego starszego brata. Nie, ona była na niego wściekła jak diabli. Prawdę mówiąc, tamtego właśnie dnia rozmawiała z nim po raz ostatni. Teraz leżał w czarnym nylonowym worku i nie mogła go już przeprosić za swoją zawziętość i niesprawiedliwą ocenę jego intencji. Jedyne co mogła jeszcze dla niego zrobić, to dopilnować, by okazano mu należny szacunek. Była mu to winna, mimo że zbierało jej się na wymioty.
– Nic mi nie będzie – oznajmiła.
Stan zerknął na nią przez ramię, szykując lśniące czystością instrumenty do autopsji pierwszego chłopca.
– Jasne, że nie.
– Nie zrozumiałeś, ja tu zostaję.
Aż jęknął głośno pod ochronną maską, lecz Maggie była całkowicie przekonana o słuszności swojej decyzji. Gdyby jeszcze jej żołądek okazał się bardziej spolegliwy.
– Znaleźli zużyte naboje? – spytała, wciągając nową parę rękawiczek.
