— Oczywiście — rzekł. — Proszę go przysłać.

— Właściwie to on jest nią — wyjaśnił lord Vetinari. Zajrzał do papierów. — Salacia Deloresista Amanita Trigestatra Zeldana Malifee… — Urwał, przerzucił kilka kartek i dodał: — Możemy chyba część opuścić, kończy się to na „von Humpeding”. Ma pięćdziesiąt jeden lat, ale… — dodał szybko, nim Vimes zdążył wykorzystać tę informację — …to żaden wiek dla wampira. Aha, i chce, żeby mówić do niej po prostu Sally.


* * *

Pomieszczenie szatni nie było dostatecznie duże. Nic by nie było dostatecznie duże. Sierżant Angua starała się nie nabierać powietrza.

Duża sala byłaby dobra. A otwarta przestrzeń jeszcze lepsza. Potrzebowała miejsca na oddech. A ściślej mówiąc, potrzebowała miejsca, żeby nie oddychać wampirem. Przeklęta Cudo! Ale przecież nie mogła jej odmówić, to by fatalnie wyglądało. Mogła tylko się uśmiechać, znosić to i tłumić narastającą pokusę, by zębami rozerwać dziewczynie gardło.

Musi przecież wiedzieć, że to robi, myślała. Muszą wiedzieć, że wydzielają tę atmosferę naturalnej swobody, pewni siebie w każdym towarzystwie, wszędzie na swoim miejscu, a u wszystkich innych wzbudzają poczucie skrępowania i niższej klasy. Och, jej… Proszę mnie nazywać Sally, też mi coś…

— Przepraszam za to — powiedziała, starając się zmusić włoski na karku, by nie stawały sztorcem. — Trochę tu duszno. — Zakaszlała. — No, w każdym razie to właśnie to. Nie przejmuj się, tutaj zawsze tak pachnie. I nie męcz się z zamykaniem szafki, wszystkie klucze są takie same, a zresztą większa część drzwiczek odskakuje, jeśli w odpowiedni sposób uderzyć w ramę. Nie trzymaj tam nic cennego, tutaj wszędzie jest pełno glin. I nie denerwuj się za bardzo, jeśli ktoś podrzuci ci drewniany kołek albo wodę święconą.

— Czy coś takiego jest prawdopodobne? — spytała Sally.



12 из 330