
Vimes starł pianę z ostrza.
— Ha! Pewnie, że zaapelowali. Powiedz, Willikins, często się biłeś w młodości? Należałeś do jakiegoś gangu albo co?
— Miałem zaszczyt należeć do Niegrzecznych Chłopców z Fałszonogiej, sir — odparł kamerdyner.
— Poważnie? — Na Vimesie zrobiło to wrażenie. — Pamiętam, że to byli prawdziwi twardziele.
— Dziękuję, sir — rzekł spokojnie Willikins. — Muszę się pochwalić, że zwykle oddawałem trochę więcej, niż dostałem, kiedy musieliśmy rozstrzygać ciągle drażliwe kwestie terytorialne z młodymi ludźmi z Powroźniczej. O ile sobie przypominam, ich ulubioną bronią były sztauerskie haki.
— A waszą? — spytał zaciekawiony Vimes.
— Wyostrzone pensy wszyte w rondo kapelusza, sir. W nerwowych czasach zawsze przydatne narzędzie.
— Na bogów, człowieku! Czymś takim można kogoś pozbawić oka!
— Przy odpowiedniej staranności, sir, tak, istotnie. — Willikins bardzo skrupulatnie złożył ręcznik.
A teraz stoisz tutaj w tych swoich prążkowanych spodniach i kamerdynerskim surducie, błyszczący jak smalec i tłuściutki jak masło, myślał Vimes, docinając miejsca pod uszami. A ja jestem diukiem. Jak ten świat się zmienia…
— I czy kiedykolwiek słyszałeś, żeby ktoś powiedział: „Zróbmy jakieś zamieszki”?
— Nigdy, sir. — Willikins znów sięgnął po „Puls”.
— Ja też nie. To się zdarza tylko w azetach. — Vimes zerknął na bandaż na ręku. No cóż, mimo wszystko potrafią zamieszać… — Piszą tam, że szarżowałem osobiście?
— Nie, sir. Ale piszą, że przeciwne strony zostały rozdzielone dzięki mężnej postawie straży.
— Naprawdę użyli słowa „mężna”?
— Tak, sir, naprawdę.
