
Zapadła cisza, słychać było jedynie zawsze obecny odgłos pomp.
— To mógł być tylko troll — stwierdził głos, który wcześniej namawiał do zachowania tajemnicy. — Bo czyż nie jest powiedziane, że za każdą zbrodnią znajdzie się trolla?
* * *
Kiedy Sam Vimes dotarł do Pseudopolis Yard, przed komendą straży zebrał się niewielki tłumek. Do tej chwili trwał miły, słoneczny dzień. Teraz nadal był słoneczny, lecz już całkiem niemiły.
Ludzie trzymali plakaty. „Pijawki wynocha!”, przeczytał Vimes; „Żadnych kłów!”. Twarze zwracały się ku niemu z ponurym, na wpół zalęknionym wyzwaniem.
Zaklął pod nosem, ale nieprzesadnie cicho.
Otto Chriek, ikonografik z „Pulsu”, stał w pobliżu, trzymał parasol i wyglądał na przygnębionego. Pochwycił wzrok Vimesa i podszedł smętnie.
— Po co ci to, Otto? — spytał Vimes. — Przyszedłeś zrobić obrazek jakichś porządnych rozruchów?
— To vieści, komendancie — odparł Otto, wpatrując się w swoje bardzo błyszczące buty.
— Kto ci dał znać?
— Ja tylko robię obrazki, komendancie. — Otto spojrzał na Vimesa z urazą. — Zresztą gdybym navet viedział, i tak bym nie mógł poviedzieć. Z povodu Volności Prasy.
— Raczej wolności dolewania oliwy do ognia.
— Taka to już volność. Nikt nie tvierdził, że będzie miła.
— Ale… przecież ty też jesteś wampirem! Podoba ci się to, co widzisz? — Komendant machnął ręką na tłum.
— To jednak noviny, komendancie — stwierdził potulnie Otto.
Vimes raz jeszcze przyjrzał się protestującym. Byli to głównie ludzie. Stał wśród nich jeden troll, choć prawdopodobnie dołączył z powodów ogólnych, po prostu dlatego, że coś się działo. Wampir potrzebowałby wiertła do muru i ogromnej cierpliwości, żeby zrobić trollowi krzywdę. Mimo wszystko miało to pewną zaletę, jeśli można tak to określić — takie drobne przedstawienie odwracało uwagę od doliny Koom.
