
Mężczyzna siedzący przy stole wyjął z ust fajkę i rzucił Vimesowi maniakalnie przyjazny uśmiech.
— Nie wwwydaje mi się, żebyśmy mieli tę przyjemność — rzekł, wyciągając rękę.
Wydawało się, że nie da się wymawiać „w” w taki sposób, niemal warcząco, ale John Smith to potrafił.
Podać rękę wampirowi? Nigdy w życiu, uznał Vimes, nawet taką okrytą rękawem niezbyt zręcznie robionego na drutach swetra. Zasalutował więc.
— Miło mi pana poznać, sir — rzekł, stając na baczność.
Ten sweter był naprawdę straszny. Miał przyprawiający o mdłości, zygzakowaty deseń w wielu dziwnych, nieszczęśliwych kolorach. Wyglądał jak coś, co zrobiła na prezent niewidoma ciotka — coś takiego, czego człowiek boi się wyrzucić na śmietnik, by śmieciarze nie śmiali się z niego i kopniakami nie przewracali mu pojemników.
— Pan Smith jest… — zaczął Vetinari.
— Prezesem Ankhmorporskiej Misji Überwaldzkiej Ligi Wstrzemięźliwości — dokończył Vimes. — Sądzę, że towarzysząca mu dama to pani Doreen Winkings, skarbnik tej samej misji. Chodzi o przyjęcie wampira do straży, prawda, sir? Znowu…
— Tak, Vimes, właśnie o to — zgodził się Patrycjusz. — I rzeczywiście znowu. Może jednak wszyscy usiądziemy? Vimes?
Osuwając się niechętnie na krzesło, Vimes wiedział, że nie ma ucieczki. I tym razem wiedział, że przegra. Vetinari zapędził go w ślepy zaułek.
Znał wszystkie argumenty za zatrudnianiem w straży różnych gatunków. To były dobre argumenty. Niektóre argumenty przeciwne były złymi argumentami. W straży służyły trolle, mnóstwo krasnoludów, jeden wilkołak, trzy golemy, Igor i — nie najmniej ważny — kapral Nobbs
Ponieważ, odpowiedziała poharatana, ale wciąż działająca dusza Vimesa, nienawidzisz tych przeklętych wampirów. Żadnych fałszywych usprawiedliwień, żadnego mydlenia oczu w stylu „społeczeństwo tego nie zaakceptuje” czy „to nie jest odpowiedni moment”. Nienawidzisz tych piekielnych wampirów, a to jest twoja piekielna straż.
