
— Co? Och, nie — powiedział. — Chyba nie.
Wampir i wilkołak w jednym pokoju, myślał, wspinając się po schodach do swojego gabinetu. No trudno, muszą sobie z tym jakoś poradzić. Zresztą to tylko jeden z naszych problemów.
— A pana Pesymala zaprowadziłam do pokoju przesłuchań, sir! — zawołała jeszcze Cudo.
Vimes znieruchomiał w pół stopnia.
— Pesymala?
— Ten rządowy inspektor, sir — podpowiedziała Cudo. — Ten, o którym mi pan mówił…
A tak, pomyślał Vimes. Drugi z naszych problemów.
* * *
Chodziło o politykę. Vimes nigdy jakoś nie mógł sobie poradzić z polityką, która była pełna pułapek na uczciwych ludzi. Ta zatrzasnęła się w zeszłym tygodniu, w gabinecie lorda Vetinariego, podczas zwykłego cotygodniowego spotkania…
— Ach, Vimes — rzekł jego lordowska mość, kiedy komendant straży stanął w progu. — Jak miło, że pan przyszedł. Czyż nie piękny mamy dziś dzień?
Aż do teraz, pomyślał Vimes, gdy zobaczył obecne w gabinecie dwie inne osoby.
— Wzywał mnie pan, sir? Krzemowa Liga przeciw Zniesławieniom zorganizowała marsz przez ulicę Wodną, więc musiałem zamknąć dla ruchu cały teren aż do Najmniejszej Bramy…
— Jestem pewien, że to może zaczekać, komendancie.
— Tak, sir. Na tym polega kłopot, sir. To właśnie robi.
Vetinari ze znużeniem machnął ręką.
— Wyładowane wozy blokujące ulice, Vimes, są znakiem postępu — oświadczył.
— Tylko w metaforycznym sensie, sir.
— No cóż, w każdym razie jestem pewien, że pańscy ludzie dadzą sobie radę. — Vetinari wskazał mu wolne krzesło. — Ma pan ich teraz tak wielu… Taki koszt… Niech pan siada, komendancie. Zna pan pana Johna Smitha?
