
- Jakiś problem? - spytał, nie odrywając wzroku od monitora.
- Zlokalizowałem mieszkanie Alchemika, muszę je przeszukać - zameldowałem zwięźle.
Davidoff przerwał pracę i spojrzał na mnie z namysłem.
- Czego ci potrzeba?
- Jakiejś podkładki na to przeszukanie.
- Chyba nie tylko - mruknął po chwili.
Zapalił cygaro i hojnym gestem podsunął mi pudełko. Cohiba Esplendidos. Z przyjemnością poczęstowałem się i przez jakiś czas paliliśmy w zgodnym milczeniu. Esplendidos po hiszpańsku oznacza „wspaniałe”, co jest adekwatnym określeniem dla cygar tej klasy.
- Potrzeba ci wsparcia - powiedział wreszcie Davidoff. - Nie chcę stracić drugiego ucznia. A z ciebie jest zawadiaka, najpierw działasz, potem myślisz. - Pogroził mi palcem.
Gwizdnąłem w duchu. Jeśli Wirde junior był studentem profesora, obiecującym studentem, bo tylko takich Davidoff nazywał uczniami, wyjaśniało to zainteresowanie profesora tą sprawą. Takie kwestie traktował bardzo osobiście.
- Pomogą ci analitycy.
- Analitycy? - Nie skojarzyłem w pierwszej chwili.
- No wiesz, ta trójka Rosjan. Ci dwaj, z którymi piłeś, i ich koleżanka.
- Chyba pan żartuje, profesorze. Mam dowodzić grupą szturmową Specnazu?! - warknąłem.
- Jakiego tam Specnazu - zaprotestował słabo. - Zresztą ona jest chyba z GRU…
- Chodzi mi o nadanie tej akcji pozorów legalności - wyjaśniłem cierpliwie. - Trójka ruskich szpiegów raczej mi w tym nie pomoże.
