Davidoff był zwolennikiem swobodnej atmosfery w kontaktach międzyludzkich. No, może nie do końca, najpierw trzeba było zasłużyć na jego uznanie. Profesor siedział za biurkiem i notował coś na komputerze. Muskularny mimo sześćdziesiątki na karku, o pociągłej, arystokratycznej twarzy, pisał z szybkością karabinu maszynowego. Jego wielkie, niemal toporne dłonie unosiły się nad klawiaturą z wdziękiem pary motyli.

- Jakiś problem? - spytał, nie odrywając wzroku od monitora.

- Zlokalizowałem mieszkanie Alchemika, muszę je przeszukać - zameldowałem zwięźle.

Davidoff przerwał pracę i spojrzał na mnie z namysłem.

- Czego ci potrzeba?

- Jakiejś podkładki na to przeszukanie.

- Chyba nie tylko - mruknął po chwili.

Zapalił cygaro i hojnym gestem podsunął mi pudełko. Cohiba Esplendidos. Z przyjemnością poczęstowałem się i przez jakiś czas paliliśmy w zgodnym milczeniu. Esplendidos po hiszpańsku oznacza „wspaniałe”, co jest adekwatnym określeniem dla cygar tej klasy.

- Potrzeba ci wsparcia - powiedział wreszcie Davidoff. - Nie chcę stracić drugiego ucznia. A z ciebie jest zawadiaka, najpierw działasz, potem myślisz. - Pogroził mi palcem.

Gwizdnąłem w duchu. Jeśli Wirde junior był studentem profesora, obiecującym studentem, bo tylko takich Davidoff nazywał uczniami, wyjaśniało to zainteresowanie profesora tą sprawą. Takie kwestie traktował bardzo osobiście.

- Pomogą ci analitycy.

- Analitycy? - Nie skojarzyłem w pierwszej chwili.

- No wiesz, ta trójka Rosjan. Ci dwaj, z którymi piłeś, i ich koleżanka.

- Chyba pan żartuje, profesorze. Mam dowodzić grupą szturmową Specnazu?! - warknąłem.

- Jakiego tam Specnazu - zaprotestował słabo. - Zresztą ona jest chyba z GRU…

- Chodzi mi o nadanie tej akcji pozorów legalności - wyjaśniłem cierpliwie. - Trójka ruskich szpiegów raczej mi w tym nie pomoże.



14 из 278