
- A wiesz, że kilku panów z ABW miało pewne wątpliwości odnośnie do mojej osoby? - zapytał.
Westchnąłem ciężko.
- Może powróćmy do tematu? - zaproponowałem. - Bo rozumiem, że pana profesora pozytywnie zweryfikowano?
- Nigdy nic nie wiadomo - roześmiał się, gasząc niedopałek cygara. - Ci Rosjanie współpracują z ABW - wyjaśnił. - Terroryzm mafijny i takie tam… Mają odpowiednie dokumenty i uprawnienia.
- Uprawnienia do działań na terenie Polski? - spytałem z niedowierzaniem.
Davidoff wykonał nieokreślony gest.
- Coś w tym rodzaju. Mógłbym to załatwić inaczej, ale co do nich mam pewność, że sprawdzą się w sytuacji… kryzysowej. Polubili cię.
- Dzięki wielkie - odparłem ponuro. - Jeśli wpadniemy, ich obecność spowoduje, że nie będzie potrzebny żaden proces, po prostu tłum mnie zlinczuje.
- Marudzisz, Jasiu. - Machnął ręką Davidoff. - Umówię cię z nimi na jutro, spotkacie się na parkingu i od razu pojedziecie przeszukać to mieszkanie. Pogadałbym z tobą dłużej, ale ci studenci… To zadziwiające, ilu ich ostatnio przychodzi na moje wykłady. Chyba udoskonaliłem swój kunszt dydaktyczny - stwierdził z zadowoleniem.
- Raczej zwierzęcy magnetyzm - burknąłem pod nosem.
- Proszę?
- Nic, nic. W takim razie już pójdę.
- Jak skończycie, zadzwoń do mnie koniecznie.
Skinąłem głową i wyszedłem z gabinetu wraz z Davidoffem. Pożegnaliśmy się i pojechałem do domu.
* * *
Na parking przyszedłem piechotą. Nie miałem zamiaru używać swojego samochodu w akcji, której legalność była dyskusyjna. „Analitycy” już na mnie czekali. Dwóch potężnie zbudowanych, krótko ostrzyżonych facetów o kamiennych twarzach oraz trzydziestoletnia na oko kobieta. Jeden z mężczyzn miał niewielką bliznę na policzku. Wślizgnąłem się między zaparkowane samochody, ale zanim podszedłem do Rosjan, usłyszałem pieszczotliwy szczebiot i owionął mnie zapach tanich perfum.
- Panie doktorze! - zawołała moja ulubiona studentka. - Biegnę za panem, biegnę, a pan mi ucieka…
