
- Lepiej tego nie dotykajcie - powiedziałem, widząc, że Sasza sięga w głąb sejfu.
Rosjanin gwałtownie cofnął rękę.
- Trzeba by to jakoś przenieść. Macie może coś miękkiego, w co można by zawinąć te ampułki? Watę, chusteczki higieniczne?
Po chwili wahania Anna sięgnęła do torebki i czerwieniąc się lekko, podała mi paczkę podpasek.
- To jest to! - sapnąłem z zadowoleniem.
Ostrożnie rozprułem wzdłuż kilka z nich, a dwie następne pociąłem na niewielkie kawałki. Fiolki owinąłem włókniną i włożyłem do wnętrza rozciętych podpasek. Całość okleiłem taśmą izolacyjną, którą wygrzebał skądś Anton. Pakunek wyglądał na dość bezpieczny.
- Możemy wracać - zarządziłem.
Wyszliśmy na korytarz i starannie zamknąłem drzwi. Co prawda właściciel i tak się trochę zdziwi, gdy wróci, ale to już nie mój problem.
- To żenujące - drażnił się z Anną Sasza - narażać nas, niewinnych chłopców, na widok tak intymnych… akcesoriów.
- Trochę wdzięczności - zastopowałem go z uśmiechem. - Żeby nie te podpaski, wykorzystalibyśmy twoje barchanowe gacie.
- Barchanowe?! - zawołał z pretensją w głosie.
- Nie przejmuj się, jestem pewien, że to szczyt mody w rosyjskich kręgach militarnych.
Wsiedliśmy do samochodu.
- Pamiętacie, gdzie mieszkam? - spytałem.
Anna bez słowa skinęła głową.
- Teraz Stoliczna - powiedział z ożywieniem Anton. - Dużo Stolicznej.
- Eee… - marudził Sasza. - Oni nie mają dobrych zakąsek. Lachy przeklęte.
- Słonina marynowana według rosyjskiego przepisu sprzed stu lat, ciemny chleb na zakwasie, kiszone ogóreczki, marynowane podgrzybki wielkości paznokcia kciuka… - rzuciłem w przestrzeń.
